Słońce, takie piękne. Nadaje tak wiele barw błękitnemu niebu. Można by się w nim zakochać, lecz jest tak daleko. Nawet nie można się do niego zbliżyć, bo spali cię żywcem. Można tylko je obserwować, podziwiać nieskazitelne piękno każdego dnia. Uważam, że najpiękniejsze jest o poranku, gdy wyłania się zza horyzontu przynosząc nadzieję na kolejny dzień. Uwielbiam patrzeć jak jego pierwsze promienie rozpościerają ciemne niebo. Wstaję codziennie o godzinie 4.40 by oglądać to piękne zjawisko. Siedzę na łóżku godzinę wpatrzona w okno. Zachwycam się żółto-pomarańczowymi promieniami, które gładzą mój biały dywan swym ciepłem. Napawam się owym ciepłem muskającym delikatnie moją bladą twarz. Uczucie niczym z bajki. Jednakże za każdym razem dopada mnie rzeczywistość. Nie okrutna, lecz zwykła, monotonna. Więc żegnam się z żalem z mym słońcem wyczekując do następnego spotkania.
Jak każdego ranka najpierw idę się umyć. Często pod prysznicem myślę co też przyniesie mi ten dzień. Zazwyczaj są to abstrakcje, które nigdy w życiu nie będą miały miejsca. Trochę żałuję, ponieważ mogłoby to uczynić moje życie o wiele ciekawszym niż jest w rzeczywistości. Tuż po 15-minutowym prysznicu kończę me rozmyślania. Wycieram swe mokre i zmarznięte cało ciepłym, bawełnianym ręcznikiem, zakładam szlafrok i wracam znów do swojego przytulnego, liliowego pokoju. Podchodzę do dużej, białej szafy, aby wybrać ubrania, które dzisiaj założę. Najpierw zakładam jasną bieliznę, później krótkie, czarne skarpetki. Z jednej z szuflad wyciągam jasno jeansowe rurki z przetarciami. Wybranie odpowiedniej bluzki zazwyczaj zajmuje mi od 5 do 10 minut. Tym razem jest to czarna bluzka na krótki rękaw z białym napisem "WE SEE WHAT WE WANT". Następnie pakuję kilka zeszytów, piórnik, strój na w-f do swojego czarnego plecaka w białe czaszki. Łapię go w rękę i schodzę na dół na rodzinne śniadanie. W kuchni przy stole już siedzi moja młodsza ode mnie o rok siostra Harriet i wcina swoje ulubione płatki miodowe z mlekiem. Jak zwykle zaspana robi to mozolnie niczym zombie z horroru. Jej niestarannie rozczesane blond włosy przykrywały jej ramiona. Ubrana była w czarny sweter, szare rurki oraz czarne trampki. Tuż obok niej siedzi tata czytający gazetę i pijący kawę. Elegancko ubrany mężczyzna ani trochę nie przypomina 39-letniego lekarza, z którego jestem ogromnie dumna. Do pracy jedzie zazwyczaj godzinę, dlatego wstaje o piątej rano. Czasem przychodzi, siada obok mnie na łóżku i ogląda razem ze mną wschodzące słońce. A pracuje w UPMC Harmar Outpatient Center, gdzie każdego dnia ratuje ludzkie życia. Jeszcze nigdy nie widziałam, aby był smutny lub czymś zmartwiony, Uśmiech nie opuszcza jego twarzy nawet na sekundę.
Natomiast mama krząta się po całej kuchni co chwile donosząc coś na stół. Ubrana w beżową prostą sukienkę przed kolana, beżowe obcasy i czarną marynarkę uśmiecha się do mnie serdecznie i zaprasza mnie do stołu. Jej upięty w pośpiechu kok dodaje urody jej smukłej twarzy. Nie jesteśmy nadzwyczajni, lecz piękni w swojej prostocie. Kocham moją rodzinę ponad wszystko niezależnie od tego jak banalnie to brzmi.
Głodna zasiadam do stołu i witam wszystkich świeżym, lecz łagodnym uśmiechem.
- Harriet, pojedziesz dzisiaj z Cynthią do szkoły, ponieważ ja i mama bardzo się spieszymy do pracy i nie mamy czasu, aby cię podwieźć. - powiedział tata do Harriet.
- Niech będzie. - odrzekła ponuro.
- Cynthia, zrobiłam ci tosty z masłem orzechowym na śniadanie, a tu masz pieniądze na lunch. - powiedziała do mnie mama w pośpiechu i wskazała palcem na blat.
- Dzięki. - odparłam.
- Dobra, Felicia, zbierajmy się już. Dziewczyny sobie poradzą. A, i Cynthia nie zapomnij znowu włosów uczesać. - tata puścił do mnie oczko z wrednym uśmieszkiem na twarzy.
- Oo, dzięki, że mi przypomniałeś.
- Powodzenia w szkole, pa. - powiedziawszy to rodzice wyszli z domu.
- Pa.
Po ich wyjściu czym prędzej zabrałam się za jedzenie śniadania, co długo mi nie zajęło, zaledwie pięć minut. Spojrzałam na Harriet, która wciąż męczyła swoje biedne płatki i przewróciłam oczami. Nie zwracając dłużej na nią uwagi, włożyłam talerz po tostach do zmywarki i pobiegłam na górę, aby umyć zęby i uczesać swoje rudoblond włosy. Na moje nieszczęście nie chciały się rozczesać, więc coraz bardziej i mocniej katowałam je szczotką. Po około dziesięciu minutach tortur udało mi się uzyskać pożądany efekt. Zadowolona złapałam swoją czarną, skórzaną kurtkę i zbiegłam na dół. Chwyciłam moje ulubione czarne trampki za kostkę i pędem je założyłam. Spojrzałam na Harriet, która dopiero skończyła jeść. Zdenerwowana sięgnęłam po plecak, pieniądze i kluczyki od auta.
- Harriet czy ty możesz się pospieszyć? Nie mam zamiaru się przez ciebie spóźnić. - krzyknęłam.
- Dobra, dobra. Już idę.
- Zaczekam na ciebie w samochodzie, tylko zamknij dom za sobą.
- No przecież wiem.
Nie zwlekając ani chwili dłużej wyszłam z domu i ruszyłam w stronę samochodu. Energicznym ruchem wrzuciłam swój plecak na tylne siedzenie i usiadłam za kierownicą. Po chwili ujrzałam Harriet wychodzącą z domu, więc zapięłam pasy i odpaliłam auto.
Droga minęła nam bardzo szybko, chociaż w międzyczasie nie zamieniłyśmy ani jednego słowa.
- Do domu wrócę autobusem, dzięki za podwózkę. Cześć. - powiedziawszy to Harriet wysiadła, trzasnęła drzwiami i szybkim krokiem ruszyła w stronę budynku.
Dokładnie wiedziałam, że była na mnie zła, lecz nie wiedziałam dlaczego. Przecież nic jej nie zrobiłam. Jednakże nie zamierzałam zaprzątać sobie tym teraz głowy. Wzięłam swoje rzeczy i poszłam przywitać się z moją przyjaciółką Malią, która czekała na mnie przed wejściem do szkoły.
Malia - szkolna piękność. Wysoka blondynka o ciemnoniebieskich oczach i nieskazitelnej oliwkowej cerze, Ubrana w piękną, zwiewną sukienkę na ramiączka , a na to skórzana kurtka. Czarne botki tylko dodawały jej szyku. Malia znała się na modzie i była nią zafascynowana. Pragnęła w przyszłości zostać projektantką mody i uporczywie dążyła do tego. Wspierałam ją w tym, lecz sama sobie świetnie ze wszystkim radziła.
- Cynthia! Jak dobrze, że w końcu cię widzę. Tak się za tobą stęskniłam. - krzyknęła do mnie Malia, po czym rzuciła mi się na szyję.
- Też się cieszę, że cię widzę Malia. - również się do niej przytuliłam.
- Muszę koniecznie pokazać ci ile ubrań zaprojektowałam w ten weekend.
Szłyśmy do naszych szafek i pomimo tego, że temat mody ani trochę mnie nie interesuje to słuchałam Malii z zaciekawieniem. Bawiło mnie to jak bardzo była przejęta każdym jej wypowiedzianym słowem. Cieszyłam się razem z nią tym, że ma swoją pasję, której oddaje się cała i wkłada w nią całe swoje serce. Można by powiedzieć, że jej zazdroszczę. Nie posiadałam czynności, której oddawałabym całą swoją duszę, jednakże mimo to byłam szczęśliwa.
Wyjęłam z szafki książkę do matematyki, której nie znoszę. Na całe szczęście na ten przedmiot chodzę razem z Malią.
Niespodziewanie po korytarzach Fox Chapel Area High School rozległ się głośny dzwonek oznaczający rozpoczęcie lekcji.
- Malia, lepiej się pośpieszmy, bo ta wiedźma znowu da nam godzinny wykład na temat punktualności.
- Nie zniosę tego drugi raz. - powiedziawszy to ruszyłyśmy biegiem w stronę sali.
Wbiegłyśmy niczym huragan i jak najszybciej usiadłyśmy w swoich ławkach. Chwilę po nas do klasy weszła nauczycielka matematyki pani Teresa Witch, Jej kruczoczarne loki rozbawiały wszystkich, lecz wystarczył jej wzrok, by uciszyć nas z powrotem. Nie było ucznia w tej szkole, który by się jej nie bał. Matematyka to była jedyna lekcja, która przebiegała tak nadzwyczajnie cicho oraz nie miłosiernie się dłużyła. Z niecierpliwością odliczałam minuty do łaskawego dzwonka.
Po zakończonej matematyce dzień w szkole zleciał mi w oka mgnieniu. Zmęczona zmierzałam w stronę samochodu, gdy nagle wpadł ktoś na mnie z tyłu i mnie przewrócił. Zdezorientowana zaczęłam zbierać swoje rzeczy, które wypadły mi z plecaka aż zobaczyłam czyjąś rękę wysuniętą w moją stronę. Za pewne był to sprawca całego incydentu. Wsunęłam swoją dłoń w dłoń nieznajomego, który pomógł mi wstać. Spojrzałam przed siebie kto to i od razu rozpoznałam tą twarz. Był to Dylan Norton. Wysoki brunet, który chodzi ze mną na matematykę, francuski oraz angielski. Nie znam go za dobrze, lecz wiem, że jest typem żartownisia. Trzyma się z Williamem Templerem, ale wszyscy mówią na niego Willy.
- Eh, przepraszam cię strasznie. Niezdara ze mnie. Wiesz, ja biegłem i nie zauważyłem cię i potem wpadłem na ciebie i ty się przewróciłaś i strasznie mi teraz głupio i ...
- Hej, nic się nie stało Dylan. Spokojnie. A teraz przepraszam, ale śpieszę się. Cześć. - uśmiechnęłam się do niego i odeszłam.
Słyszałam za sobą za jego głos. Najwyraźniej nie kojarzył mnie, lecz nie przejmowałam się tym. Mało mnie obchodził ten chłopak.
W drodze do domu rozmyślałam o tej sytuacji. W tandetnych i oklepanych filmach romantycznych to całe zdarzenie byłoby początkiem wspaniałej miłości od pierwszego wejrzenia. Cóż, szkoda, że nie wierzę w takie bzdury. Jak można pokochać kogoś kogo widzimy pierwszy raz w życiu? Nawet nie znamy tej osoby. Ludzi kocha się za drobne szczegóły, za ich wady i zalety, za to jakimi są, a nie jakimi wydają się nam być. Coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia nie istnieje. Nie jestem pesymistką, lecz myślę racjonalnie.
W domu zastałam szykującą obiad. Zapach pieczonego kurczaka rozniósł się wszędzie nie omijając żadnego pomieszczenia. Cudowny aromat bardzo szybko mnie obezwładnił i teraz myślałam tylko o tym, aby skosztować soczystego kurczaka. Niestety musiałam się powstrzymać i poczekać aż mama dokończy robić obiad.
Na przedpokoju ujrzałam czarne trampki Harriet, które dziś miała na sobie. Pewnie uciekła z jakiejś lekcji skoro była już w domu. Powinnam z nią porozmawiać, zapytać dlaczego jest na mnie zła, lecz wątpię, że odpowiedziałaby mi szczerze. Przechodzi właśnie przez okres buntowniczy i nikt nie może się z nią dogadać, a tym bardziej ja. Nie potrafię zrozumieć dlaczego jest tak wrogo do mnie nastawiona. Nawet gdy próbuję jej pomóc, za każdym razem krzyczy na mnie, a ja sobie za każdym razem odpuszczam. Jednakże kiedyś nasze relacje były inne. Gdy byłyśmy dziećmi Harriet była mi najbliższą osobą, lecz to wszystko zakończyło się jakieś trzy lata temu, a ja nawet nie wiem dlaczego tak się stało. Próbowałam się dowiedzieć od niej czemu traktuje mnie teraz niczym wroga, ale wszystko co udało mi się uzyskać to słowa, które zraniły mnie jak żadne inne.
Wieczorem po kolacji miałam zabrać się za naukę, lecz usłyszałam czyjeś krzyki na dole. Zdziwiona zeszłam do salonu sprawdzić co się dzieje. Ujrzałam Harriet i mamę kłócące się. Obydwie były bardzo zdenerwowane. Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Harriet złapała za kurtkę i wybiegła z domu. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, założyłam buty i pobiegłam tuż za nią. Na moje nieszczęście Harriet bardzo dobrze i szybko biega, przez co nie miałam szansy jej dogonić. Jednakże zauważyła, że zdecydowanie zmierzała w stronę parku Crofton. Wiedziałam, że ona da radę tam dobiec, ale ja nie. Crofton Park był co najmniej kilometr od naszego domu, lecz dla mojej siostry kilometr to nic, gdy przebiegała maratony po kilkadziesiąt kilometrów. Podziwiałam ją za jej wytrzymałość. Tym razem będzie to trening i dla mnie, ponieważ nie mogę stracić jej z oczu.
Pomimo braku tchu biegłam dalej. Moje nogi powoli zaczęły się potykać same o siebie.
Gdy Harriet wbiegła do ciemnego parku, straciłam ją z pola widzenia, pomimo kilku lamp ustawionych co pięć metrów. Zatrzymałam się, aby odetchnąć. Byłam pewna, że moja siostra schowała się gdzieś pośród drzew. W miejscu gdzie nie dociera światło lamp, aby mogła spokojnie pomyśleć.
Serca biło mi jak oszalałe, lecz mimo to ruszyłam pomiędzy drzewa w poszukiwaniu Harriet. Nawoływałam ją najgłośniej jak tylko potrafiłam, jednakże odpowiadała mi tylko cisza. Zwolniłam tempo swego chodu, by móc dokładniej się przyjrzeć przerażającej ciemności. Nagle dostrzegłam dwa małe, żółte światełka wyłaniające się spośród drzew.
- Harriet, to ty? Harriet? - krzyknęłam.
Niestety to nie była ona. To była najbardziej przerażająca rzecz jaką kiedykolwiek w swoim życiu ujrzałam. Spośród ciemności wyłoniła się potężna, czarna bestia o żółto-pomarańczowych, jarzących się oczach. Z początku przypominała wilka, lecz to niemożliwe, ponieważ wilki są zdecydowanie mniejsze. Moje przerażenie sparaliżowało mnie tak bardzo, że nie mogłam nawet się ruszyć, a bestia spoglądała prosto w moje załzawione oczy i obnażyła swoje ostre niczym brzytwa zębiska. Nie byłam pewna czy to co widzę nie jest tylko zwykłym żartem mojej wybujałej wyobraźni.
To niemożliwe. Takich bestii nie ma. One nie istnieją w realnym świecie tylko w filmach.
Nie miałam jednak czasu na rozmyślanie czym to jest. Musiałam zmusić swe ciało do jakiejkolwiek reakcji. Musiałam walczyć o przetrwanie z samą sobą.
Niczym porażona prądem zaczęłam uciekać a bestia najwidoczniej rozbawiona całą sytuacją, ruszyła w pogoń za mną. Wiedziałam, że nie zdołam uciec, lecz mimo pewnej śmierci, próbowałam. Wciąż nawoływałam Harriet, lecz ona nigdzie się nie pojawiała. Miałam tylko nadzieję, że bestia jej nie dopadła.
Zorientowałam się, że ona bawi się ze mną. Pozwala mi uciekać. Czerpie z tego wszystkiego przyjemność, z mojego strachu. Spodziewałam się tego, że przedstawienie długo nie potrwa, i miałam rację. Nie zdążyłam wybiec z ostatecznych ciemności, a bestia jednym ruchem przygniotła mnie do ziemi. Spojrzała mi głęboko w oczy i odniosłam wrażenie, że się uśmiecha, a śmierć jest dla niej rozrywką. Po raz kolejny pokazała swe kły, które za chwilę miały rozszarpać mnie na strzępy.
Jednak tak się nie stało. Dzika bestia zatopiła swe zęby w moim boku i uciekła. Ból był nie od zniesienia. Wyraźnie czułam sączącą się krew z głębokiej rany. Nie mogłam powstrzymać ani swych łez ani swego krzyku wydzierającego się z mojego gardła. Wiłam się na ziemi wołając o pomoc, lecz nikt nie przychodził. Byłam zdana sama na siebie.
Przekonana iż zostało mi zaledwie kilka minut życia, położyłam się z powrotem na plecy i spojrzałam na granatowe niebo wypełnione milionem gwiazd. Zaczęłam je podziwiać jak iskrzą. Jednakże nie były one tak piękne jak księżyc, który rozświetlał ten ciemny wieczór. Nie czułam już więcej bólu ani krwi wypływającej z mojej rany. Uważałam, że to już koniec, więc pożegnałam się z księżycem, którego nigdy nie doceniałam.
- Cynthia, dlaczego leżysz na ziemi ?! - usłyszałam przerażony głos Harriet. - Zemdlałaś? Jesteś cała brudna! Chodź, pomogę ci wstać.
- Ja nie mogę ... Ja ... - zaczęłam się jąkać.
Trzęsącą się dłonią powoli sięgnęłam do rany zadanej przez bestię, jednak nie mogłam jej wyczuć. Zaskoczona podniosłam głowę, by ujrzeć czy rzeczywiście nie ma tej rany.
Czy mój umysł mnie okłamywał? Nie miałam ani jednego zadrapania na swym ciele, lecz krwi było pełno. Jak to jest możliwe?
Moje przerażenie sięgnęło zenitu. Po chwili Harriet podniosła mnie. Nie wiedziałam co się stało. Byłam na tyle skołowana, że prawie dostałam ataku paniki. Rozglądałam się po okolicy jak oszalała, lecz po bestii nie było ani śladu.
- Cynthia! Co tu się stało ?! Ktoś cie napadł? - krzyczała Harriet.
- Co? Nie, nie. Ja ... przewróciłam się po prostu, bo biegłam za tobą. - skłamałam.
- To dlaczego jesteś taka przerażona?
- Nie jestem. - starałam się odpowiadać jak najbardziej spokojnie, lecz nie potrafiłam.
- Przestań kłamać Cynthia!
- Wracajmy już do domu. Rodzice się o ciebie martwią. - powiedziawszy to ruszyłam w stronę domu nie zawracając więcej uwagi na Harriet.
Przez całą drogę próbowała dowiedzieć się ode mnie czegokolwiek, lecz ja nie odezwałam się ani słowem. Przede wszystkim sama muszę dojść do tego co wydarzyło się w tym parku.
Co to było? Ani człowiek ani wilk. Ogromna, krwiożercza bestia. Tylko dlaczego mnie nie zabiła a zaledwie ugryzła? Dlaczego nie ma po tym żadnego śladu? Nic do siebie nie pasuje. Nie ma w tym ani trochę sensu. Czy powinnam o tym komuś powiedzieć? Może policji. Oni na pewno coś z tym zrobią. Złapią tego potwora i uśpią. Na pewno ... Kogo ja próbuję oszukać. Przecież nikt mi w to nie uwierzy. Nie mam nawet na to dowodów. I co mam teraz zrobić? To coś nie może być na wolności. Trzeba to zabić, żeby już nikogo nie skrzywdziło. Tylko jak to zrobić?
- O mój Boże, Cynthia ! Co ci się stało ?! - usłyszałam głos mamy.
Dopiero teraz zorientowałam się, że jesteśmy już przed domem. Musiałam szybko wymyślić co powiedzieć mamie.
- Nic mamo. Po prostu przewróciłam się. - odpowiedziałam zapatrzona w ziemię.
- Skoro się przewróciłaś to skąd ta krew ?
- Ja tylko ... Harriet nic nie jest. Idę na górę. Nic się nie stało. Koniec tematu. Dobranoc. - powiedziawszy to uciekłam do domu.
Wbiegłam na górę do łazienki i zatrzasnęłam drzwi. Spojrzałam w lustro i zrozumiałam dlaczego wcześniej chowałam wzrok. Od razu było widać po moich oczach ogromne przerażenie. Łzy ciekły mi po policzkach jak oszalałe. Nadal nie docierało do mnie to co się stało w parku.
Jeszcze nigdy w życiu nie byłam bardziej zdezorientowana niż jestem teraz. Jak to możliwe, że coś takiego istnieje? Rana ... Co z nią? Dlaczego zniknęła? Powinna wciąż być na swoim miejscu, a ja powinnam już dawno wykrwawić się na śmierć.
Delikatnie zdjęłam koszulkę przez głowę. Może rany już nie było, lecz łatwo było dostrzec w jakim miejscu dokładnie się znajdowała. Owe miejsce wyraźnie było zaznaczone zaschniętą krwią. Pamiętałam ból przeszywający mnie na pół. Takiego bólu nie da się zapomnieć. To cud, że nadal żyłam. Musiałam zmyć z siebie krew i to jak najszybciej.
Nie odezwałam się do nikogo ani słowem do następnego dnia. Tak jak się tego spodziewałam wszyscy oczekiwali ode mnie jakiś wyjaśnień związanych z tym co się stało poprzedniego wieczoru. Jednakże nie otrzymali ich i nigdy nie otrzymają. Bezpieczniej dla nich będzie żyć w niewiedzy.
Tego ranka nie podziwiałam mego słońca. Nawet nie przywitałam się z nim. Wszystkie poranne czynności zrobiłam szybko i sprawnie. Wyszłam z domu szybciej niż zazwyczaj i pojechałam do szkoły.
Nie zważając na nikogo stałam przed swoją szafką szarpiąc się z małą kłódeczką na kod. Zupełnie jakbym nigdy wcześniej jej nie otwierała. Z każdą sekundą byłam coraz bardziej zdenerwowana.
Nagle usłyszałam dziwny dźwięk, który przypominał bicie serca. Był on coraz głośniejszy, a ja rozglądałam się przerażona co może go powodować. To coś zbliżało się do mnie, a ja nie wiedziałam co to jest.
A co jeśli bestia powróciła by dokończyć to co zaczęła? Nie, nie przyszłaby do szkoły. Za dużo tu ludzi. Na pewno już dawno ktoś by zareagował, gdyby coś takiego się tu znalazło.
Nagle dźwięk był tak głośny i wyraźny, że wiedziałam iż jego źródło jest tuż obok mnie.
- Hej, Cynthia! Chciałem z tobą porozmawiać, a raczej przeprosić, że nie rozpoznałem cię ostatnio.
Odwróciłam się wystraszona. Dostrzegłam, że to był Dylan i to on był również źródłem owego dźwięku. Najpierw spojrzałam prosto w jego oczy, a potem na jego klatkę piersiową.
- Twoje serce ... - powiedziałam przerażona.
Bardzo szybko zrozumiałam, że słyszałam bijące serce Dylana. Słyszałam jak bardzo jest przejęty rozmową ze mną. Nie wierzyłam własnym uszom. Nie powinna byłam słyszeć bicia jego serca.
- Co? - zapytał zdezorientowany.
- Nie, nie, nie ... To się nie dziej naprawdę. - powiedziawszy to uciekłam do damskiej toalety.
Usiadłam na podłodze opierając się plecami o ścianę. Nie wierzyłam w to wszystko.
Ja zwariowałam albo to sen. Tak, to tylko sen, a raczej koszmar. Muszę się obudzić. MUSZĘ SIĘ OBUDZIĆ!
Krzyczałam w swoich myślach, lecz bez skutku. Powtarzałam sobie, że to nie może być rzeczywistość. Spojrzałam na swoje trzęsące się ręce i przeraziłam się jeszcze bardziej. Ujrzałam jak moje paznokcie zamieniają się w ostre szpony. Zaczęłam krzyczeć tak głośno jak tylko mogłam, lecz to nie był krzyk, tylko ryk dzikiej bestii. Już nawet nie panowałam nad swoim ciałem.
Niespodziewanie wbiegła Malia.
- Cynthia, co jest?!
- Co się ze mną dzieje?! Pomóż mi, Malia, proszę pomóż mi! - krzyczałam z całych sił.
- No nie, tylko nie tutaj. - wymamrotała pod nosem. - Cynthia, musisz się przede wszystkim uspokoić. Wszystko będzie dobrze. Obiecuję. - uśmiechnęła się do mnie.
Mimo ogromnego przerażenia spełniłam prośbę Malii. Ufałam jej ponad wszystko.
- Dobrze, a teraz pojedziemy do parku Crofton. - powiedziawszy to podniosła mnie.
Odniosłam wrażenie, że zaraz zemdleję. Wszelkie obrazy przed moimi oczami wyostrzały i rozmazywały się na przemian. W końcu straciłam nawet swoją orientację w terenie. Nie wiedziałam gdzie jestem ani gdzie zmierzam, Moja głowa pękała od hałasu wokół mnie. Słyszałam wszystko bardzo wyraźnie. Nawet to czego nie powinna byłam.każdy dodatkowy dźwięk dekoncentrował mnie coraz bardziej. Ostatecznie nie potrafiłam nawet mówić czy sama się poruszyć.
Po dłuższym czasie znalazłyśmy się w parku Crofton. Dokładnie w tym samym miejscu gdzie zostałam ugryziona przez dziką bestię. Nagle wszystko ustało, a ja znów byłam sobą. Dostrzegłam ogromną plamę krwi na ścieżce. Wiedziałam, że była ona moja. W końcu dotarło do mnie, że Malia zachowywała się jakby o wszystkim wiedziała, a nawet więcej.
- Malia, co się dzieje ?! - krzyknęłam.
- Przestań krzyczeć. Zaraz wszystko ci wytłumaczę. Tylko musisz być spokojna.
- No dobrze, dobrze. A teraz mów.
- Pamiętasz wczorajszą bestię, prawda? Cóż, ciężko coś takiego zapomnieć. Otóż to nie była bestia tylko człowiek pod jej postacią, a ty byłaś jego ofiarą. Musiał obserwować cię już od dłuższego czasu. To ugryzienie było zamierzone. Nie bez powodu cię ugryzł. Teraz się przemieniasz i będziesz taka sama jak ten, który cię ugryzł. Nie pytaj mnie co to, ponieważ dokładnie wiesz co to było. Tylko pomyśl. To ani człowiek ani wilk, jego oczy iskrzą się niczym gwiazdy na niebie, pazury rozerwą wszystko, a zęby są ostrzejsze od miecza.
Wtedy do mnie dotarło. Prawda, przed którą nie byłam w stanie uciec. Prawda, która zmieni całe moje życie na zawsze. Legendy nie są już więcej legendami, lecz prawdą, że zostanę wilkołakiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz