poniedziałek, 12 października 2015

4.Walka.

Gdy słońce zaszło już za horyzont, ruszyliśmy w stronę parku Crofton. Na ulicach nie było widać żywej duszy. Zupełnie jakby nikt tu nie mieszkał od lat.
Nie odczuwałam strachu, lecz determinację, aby jak najlepiej przygotować się do starcia z Pierwszymi.
   - Malia, co oznaczają brązowe oczy?
   - Szlachetność, mądrość i brutalność.
   - Thomas brutalny? - spojrzałam na Malię z niedowierzaniem.
   - Tak, i jest o wiele bardziej brutalny niż to sobie wyobrażasz. Świadczy o tym jego ciemny odcień oczu.
Spojrzałam na chudego chłopaka podejrzliwie. Dostrzegłam cień szansy na to, że możemy pokonać Pierwszych.
   - Thomas, posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie. Musimy wszyscy się trzymać planu, aby przeżyć. Harriet zmierzy się z najszybszym z nich, czyi z Tonym. Ty zajmiesz się tą agresywną - Aubrey. Malia będzie walczyła z Ian'em, a ja z Lizzie.

***
Przez cały tydzień co noc przygotowywaliśmy się do najcięższej walki jaką kiedykolwiek mieliśmy stoczyć. Do domów wracaliśmy wyczerpani o świcie. W szkole podczas lekcji spaliśmy, przez co nasze oceny znacznie się pogorszyły. 
Ku mojemu zdziwieniu Thomas nie był taki słaby i bezbronny na jakiego wyglądał. Podczas treningów poruszał się zwinnie i szybko a jego ciosy były mocniejsze niż się spodziewałam. Zaskoczył nas wszystkich swoimi umiejętnościami walki. Czułam, że nasze szanse na wygraną wzrosły.
   - Cynthia, przecież mogę wam pomóc!
   - Nie, Dylan! Nie chcę, aby coś ci się stało, rozumiesz? Ja nawet nie wiem czy my to przeżyjemy. To są potwory a zabicie ciebie będzie dla nich tylko dodatkową rozrywką.
Patrzyłam w jego oczy i byłam zachwycona ich barwą. Przyciągały mnie niczym księżyc podczas pełni. Sprawiały, że cały świat nabierał sensu.
   - Dylan! - nagle usłyszałam roztrzęsiony głos Wille'go.
Zdyszany stanął przed nami próbując złapać powietrze.
   - Hej. Uspokój się. Coś się stało?
   - Nie możecie walczyć. Umrzecie. Wszyscy umrzecie. - widziałam przerażenie w jego oczach.
   - Skąd to wiesz? - zapytałam oszołomiona.
   - Widziałem to.
Jak to możliwe? Czyżby Willy również był kimś nadprzyrodzonym? Nie może. Wyczułabym jego zapach. Tymczasem on pachniał jak zwykli ludzie. Zatem skąd wiedział o walce? 
   - Malia, spotkajmy się przy mojej szafce. Teraz. - wyszeptałam, po czym odeszłam.
Wiedziałam, że mnie usłyszy. Zawsze nasłuchiwała czy nie potrzebuję jej pomocy.

***
   - Co jest? - zapytała po dotarciu na miejsce.
   - Willy powiedział, że wszyscy umrzemy podczas walki. Podobno widział to.
   - A jednak ... 
Spojrzałam na nią krzywo. 
   - Jednak co?
   - Willy jest banshee. Podejrzewałam to od dłuższego czasu, ale nie miałam pewności. 
   - Banshee? - byłam zdezorientowana.
   - Banshee są to istoty, które przewidują śmierć i nigdy się nie mylą.
Zamurowało mnie. Co teraz? Co mam zrobić wiedząc, że wszyscy zginiemy? Nie mogę posłać moich przyjaciół na pewną śmierć. Nie zabiję ich.
   - Nie będzie żadnej walki. Odwołuję wszystko. Przekaż to reszcie. - powiedziawszy to odeszłam z wzrokiem wbitym w ziemię.
Powolnym krokiem zmierzałam w stronę domu. Byłam zamknięta dla całego świata. Na nic nie zwracałam uwagi. Myślałam nad tym co mam począć. Nie chciałam oddać się w ręce Pierwszych. Prędzej czy później i tak by zabili tych, których kocham. Wtedy nie pozostałoby mi nic. Nie miałabym już dla kogo walczyć a oni manipulowaliby mną. Bawiliby się jak zwykłą zabawką. Dlatego sama stawię im czoła. A gdy zginę podczas walki, nie będą mieli powodu, aby zabić moich bliskich. Jedynie muszę pozwolić się zabić. 
Zatem muszę od nowa się przygotować do owego spotkania, lecz nie do walki. Muszę się przygotować na swoją śmierć. Tak bardzo chciałabym móc pożegnać się ze wszystkimi. Podziękować za wszystko co dla mnie zrobili. Jednakże nie mogłam. Domyśliliby się co planuję.
Przywoływałam w myślach twarze mojej rodziny, moich przyjaciół. Widziałam ich uśmiechy. Słyszałam spokojne rytmy bicia serc. Byli bezpieczni. 

***
Dom był cichy i pusty. Spokojny jakby spał. Poszłam do swojego pokoju i usiadłam na łóżku. Patrzyłam na błękitne niebo za oknem. Było tak nieskazitelnie piękne. Ani jedna chmura nie niszczyła owego wdzięku. Wiedziałam, że jest to tylko cisza przed burzą. Wszystko wokół mnie było tak nienaturalnie spokojne. Łącznie ze mną. Nie obawiałam się śmierci. Wyczekiwałam jej. Chciałam, aby było już po wszystkim. 
Siedziałam w bezruchu obserwując jak dzień przeistacza się w noc, jak błękit nieba zamienia się w czerń. W końcu nadszedł mój czas. Wyszłam więc z domu i pobiegłam do parku. Tam czekali już na mnie Pierwsi a wysoko na niebie widniał blado szary księżyc w pełni. Stałam opanowana obserwując zachowanie Lizzie. Była podekscytowana nową zdobyczą.
   - Mam nadzieję, że ucałowałaś wszystkich na pożegnanie. - powiedziała z uśmiechem na twarzy.
   - Zachowałam jeden pocałunek dla ciebie. - warknęłam.
Jednym ruchem ukazałam swe pazury i kły. Oczy jarzyły mi się o wiele mocniej niż zazwyczaj.
   - Podjęłaś złą decyzję. - ujrzałam jak Lizzie przemieniła się w pełnego wilkołaka.
Tony chciał ruszyć pędem na mnie, lecz niespodziewanie z lasu wyłoniła się strzała, która trafiła go prosto w brzuch. Zdezorientowana spojrzałam w prawą stronę gdzie stała Harriet wyciągająca drugą strzałę. Czyżby nie dotarła do niej wiadomość? Następnie odwróciłam głowę w lewą stronę a tam obok mnie stała Malia z Thomasem.
   - Co wy tu robicie?! - zapytałam przerażona wizją ich śmierci.
   - Za dobrze cię znam Cynthia. Wiedziałam, że nie odpuścisz a ja nie miałam zamiaru zostawić cię samą. Przyjaciele na śmierć i życie.
Poczułam ulgę rozprzestrzeniającą się po całym moim ciele. 
Tuż po słowach Malii ruszyliśmy wszyscy na swoich przeciwników. W trakcie krótkiego biegu zmieniłam się w wilkołaka. Ryczałam i wyłam ze wściekłości. 
Pierwsze starcie z Lizzie zakończyło się zadrapaniem jej brzucha i mojej łapy. Próbowałam zadać jej jak najwięcej bólu, lecz była ona znacznie silniejsza ode mnie. 
Po zaledwie kilku minutach byłam cała zakrwawiona a większość moich kości była połamana. W końcu mój organizm nie nadążał się regenerować. Jednakże bardzo szybko uczyłam się na swoich błędach i nie powtarzałam dwa razy tych samych ruchów. W międzyczasie starałam się spoglądać jak inni sobie radzą, lecz nie byłam w stanie ich ujrzeć. Zdezorientowana rozejrzałam się wokół i dostrzegłam walczącą resztę. Nadal żyli. 
Nagle poczułam ogromną siłę napierającą na me ciało, która wyrzuciła mnie wysoko w powietrze. Niczym piłka odbiłam się od grubego pnia i spadłam na ziemię. Czekałam leżąc aż Lizzie zada mi ostateczny, śmiertelny cios. Spojrzałam w jej rozbawione oczy i ujrzałam strzałę przeszywającą jedno z nich. 
Harriet, pomyślałam. 
Byłam w błędzie, Zza drzew wyłoniła się moja mama. Krzyczała, abym się trzymała. Chciała powiedzieć coś jeszcze, lecz nie zdążyła.W ciągu sekundy Lizzie dobiegła do niej i rozszarpała ją. Resztkami sił podniosłam się i rzuciłam na Pierwszą. Prawą łapą przytrzymałam umięśnione ciało i rozerwałam jej gardło zębami. Uśmiercona powróciła do postaci człowieka co i ja również uczyniłam. Tuż po tym podbiegłam do zakrwawionego ciała mamy. Przytuliłam ją do siebie. Była zimna niczym lód. Na jej smukłej twarzy malował się ból. Puste oczy spoglądały na mnie. Łzy zaczęły spływać po moich brudnych policzkach.
   - Nie. Mamo, nie! Nie, nie, nie, nie ... NIE! - krzyczałam.
Wyłam z bólu.Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie się stało. Chciałam ją ocalić, lecz było już za późno. Umarła z mojego powodu. Umarła ocalając moje życie. 
Złożyłam jej ostatnio pocałunek w zimne czoło. Chwilę po tym ktoś odciągnął mnie na bok. Szarpałam się próbując wziąć ciało z powrotem w swe ramiona i ogrzać je. Jednakże byłam zbyt słaba by uwolnić się.
   - Spokojnie. Cynthia, skup się na moim głosie. Skup się! - usłyszałam Dylana, który przykrył mnie koszulą.
W tej chwili nawet on nie przynosił mi ukojenia. Czułam tylko ból i gniew. 
   - Mamo ... - wyszeptała Harriet.
Widziałam jak padła na kolana zapłakana. Spojrzała na mnie z żalem, po czym wstała i sięgnęła swój łuk. 
   - Ty ... To wszystko twoja wina! Gdyby nie ty to mama wciąż by żyła! - wycelowała we mnie strzałę. - Jesteś potworem. Zwykłym potworem!
Chciała we mnie strzelić, lecz jej drżące dłonie utrudniały jej to. Opuściła więc łuk i uciekła. Tymczasem ja nie potrafiłam uwierzyć w ten natłok wydarzeń. Chciałam umrzeć. Jednak nie mogłam zostawić Harriet samej. Pomimo, że chciała mnie zabić to wciąż była moja siostra. Chociaż podzielałam jej zdanie. To wszystko tylko i wyłącznie moja wina. Gdybym poszła z Lizzie nikt by nie ucierpiał.
   - Cynthia, policja już tu jedzie. Powiesz im, że byłaś z mamą na spacerze i napadł was pies z wścieklizną. Zrozumiałaś?
Skinęłam głową potwierdzająco. Zastanawiałam się czy powiedzieć policji, że to ja zamordowałam mamę. Zamknęliby mnie i już nikt więcej by przeze mnie nie ucierpiał.
Chwilę później odwróciłam się by zobaczyć co stało się z resztą Pierwszych. Ujrzałam, że Ian i Toby zniknęli wraz z ciałem Lizzie. Jedynie Aubrey leżała na ziemi. Wstałam i podeszłam do niej z zaciśniętymi pięściami. Kopnęłam ją w brzuch by sprawdzić czy nadal żyje. Od razu zareagowała wypluwając krew z ust. Była w krytycznym stanie.
   - Zabierzcie ją do mnie, zwiążcie łańcuchami tak, żeby nie mogła się wydostać i zamknijcie w piwnicy. Nie opatrujcie jej ran.
   - Ale ...
   - Idźcie! - krzyknęłam.
Po chwili zostałam sama z mamą. Podeszłam do niej i złapałam delikatnie jej dłoń.
   - Przepraszam mamo. Przepraszam, że nie zdołałam cię uratować. - wyszeptałam przez łzy.
Nagle usłyszałam nadjeżdżające trzy radiowozy policyjne i karetkę. Musiałam udawać rozhisteryzowaną dziewczynę, aby nikt nie nabrał żadnych podejrzeń. Rozchyliłam koszulę, lecz po ranach nie pozostał już ani jeden ślad. Wzięłam zatem jedną ze strzał mamy ze srebrnym grotem i stworzyłam nowe rany, które wyglądały na atak psa. Wiedziałam, że nie uleczą się one przez następne trzydzieści minut. Następnie zakopałam strzały i łuk tak głęboko, aby nikt nigdy nie mógł ich odnaleźć.
   - Hej, nic ci nie jest? - usłyszałam głos policjanta.
Przedstawienie czas zacząć, pomyślałam.
   - Moja mama ... Ona nie oddycha ... - szlochałam.
   - Co się stało?
   - Pies ... Zaatakował nas wielki, czarny pies z pianą w pysku...
   - Już spokojnie. Chodź, zaprowadzę cię do karetki. Tam cię opatrzą. - pomógł mi wstać.
W pojeździe opatrywała mnie mama Malii. Nie dało się ukryć, że bardzo mi współczuła. Widziałam litość w jej oczach. Nie chciałam tego. Nie byłam bezbronną nastolatką użalającą się nad sobą.
   - Tak bardzo mi przykro Cynthia. Twoja mama była wspaniałą osobą.
Nie odpowiedziałam.
   - Na szczęście twoje rany są powierzchowne. Mogę opatrzyć je tutaj, jednakże mimo wszystko powinnaś pojechać do szpitala. 
   - Nie ma takiej potrzeby. - bąknęłam.
Pani Levine opatrywała mnie około czterdziestu minut. 
   - Zostań tu proszę chwilkę. - powiedziawszy to odeszła.
Nie miałam zamiaru siedzieć bezczynnie, więc wstałam i wyjrzałam za karetkę. Zobaczyłam tatę wysiadającego z samochodu. Czym prędzej pobiegłam do niego. 
   - Ja nie zdążyłam. Tato, nie zdążyłam jej ocalić.
   - Cii ... Już dobrze. To nie twoja wina. - przytulił mnie.
Moje oczy znów poczerwieniały od łez. 
Staliśmy tak przez jakiś czas obydwoje płacząc.
   - Wsiadaj do auta. Zaraz wrócę.
Zrobiłam tak jak powiedział. Tymczasem on poszedł do policjanta i zaczął z nim rozmawiać. Zobaczył również poszarpane ciało mamy. Płakał jak oszalały. 

***
Droga powrotna odbyła się w głuchej ciszy. Chciałam jak najszybciej wrócić do domu, aby sprawdzić czy Aubrey odzyskała przytomność. Musiałam dowiedzieć się od niej gdzie mogą się znajdować Ian i Toby. Miałam zamiar zabić ich wszystkich za mamę oraz inne niewinne osoby, które zamordowali z zimną krwią. Nie mogłam pozwolić, aby zabili kolejnych. Najpierw zabiję Ian'a, potem Tone'go, na końcu Aubrey. Na początku rozszarpię ich tak jak Lizzie zrobiła to z moją mamą a następnie wpuszczę im do żył płynne srebro i spalę zwłoki. Łaknęłam ich śmierci bardziej niż czegokolwiek innego.
Przed domem ujrzałam czekającego na mnie Dylana. Patrzałam w jego zdenerwowane oczy, które nie przynosiły mi już więcej wcześniejszego ukojenia. Wysiadłam z auta i szybkim krokiem podeszłam do niego.
   - Zrobiliście to co wam powiedziałam? - zapytałam stanowczo.
   - Tak. Co chcesz z nią zrobić?
   - Zabić.
Chciałam wejść do środka, lecz zagrodził mi on drogę.
   - Cynthia, jesteś człowiekiem, nie potworem. Nie zabijaj jej. Nie działaj pod wpływem emocji.
Nie wiedziałam co mam odpowiedzieć, więc spuściłam wzrok na dół i milczałam. Po chwili łzy zaczęły skapywać z moich zimnych policzków na ziemię. Starałam się być opanowana, lecz ból po utracie mamy rozdzierał mnie od środka. Nagle poczułam jak silne ramiona mojego chłopaka oplatają moje ciało. Trzymał mnie jakby chciał mnie ochronić przed całym światem. Czułam, że przy nim nic mi nie grozi. Pragnęłam pozostać w jego ramionach już na zawsze. 
   - Spójrz mi w oczy. - uniósł moją twarz do góry. - Jesteś silna. Dasz radę. Wierzę w to.
Spojrzałam na niego swymi zapłakanymi oczami.
   - Nie jestem silna. Nigdy nie byłam. - szlochałam. - Proszę, powiedz mi, że życie jest tylko snem, z którego nie mogę się wybudzić.
   - Życie nim nie jest, lecz może je przypominać.
   - Moje bardziej przypomina nieustanny koszmar.
   - Hej, jeśli idziesz przez piekło, nie zatrzymuj się. Idź dalej z uniesioną głową. 
Nie wiedzieć czemu te słowa chwilowo mnie uspokoiły.
   - Dylan ... Co się dzieje? Dylan! Czemu ja nic nie widzę?! - krzyczałam spanikowana.
Widziałam wyłącznie ciemność a głowa pękała mi z bólu. Nie mogłam wytrzymać, zaczęłam więc wyć. Nie rozumiałam co się ze mną dzieje. Miałam wrażenie, że moje skóra płonie. Krzyczałam dopóki nie straciłam przytomności.
Przebudziłam się z powrotem w parku podczas walki, lecz nikt się nie ruszał. Zupełnie jakby czas stanął w miejscu. Dokładnie przeczesywałam wzrokiem każdy skrawek parku w zasięgu moich oczu.
   - Spójrz na Lizzie. - usłyszałam znajomy głos, lecz nie mogłam do nikogo go przypasować. - Widzisz jej uśmiech? Bawi ją mordowanie twojej matki, tak samo jak resztę.
   - Kim jesteś? Pokaż się! - krzyczałam przerażona.
   - Odwróć się. Zobacz jak twoi przyjaciele się śmieją. Cieszy ich śmierć Felicii.
   - Kłamiesz! 
Nagle poczułam chłód ocierający się o moje ramię. Czym prędzej odwróciłam się do tyłu, jednakże jedyne co ujrzałam to moich przyjaciół wiwatujących Lizzie. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom.
   - Dlaczego się śmiejecie?! - wrzasnęłam, lecz nie odpowiedzieli.
   - Sądziłaś, że cię lubili? Byłaś w błędzie. Oni nigdy nie darzyli cię sympatią, oni chcą cię zabić. Wszyscy. - po tych słowach moi bliscy i Pierwsi ruszyli w moją stronę.
Ich oczy błyszczały na myśl o zabiciu mnie. Próbowałam uciec, lecz nie mogłam. Moje nogi były utkwione w sidłach. Krzyczałam i szarpałam się, lecz bez skutku.
   - Cynthia! Spokojnie. Już wszystko dobrze. - usłyszałam łagodny głos taty.
Podniosłam się i zobaczyłam, że jestem w salonie. Przerażona rozglądałam się wkoło. Odruchowo spojrzałam na swe stopy, na których nie było ani jednego zadrapania a tym bardziej śladu po sidłach. Nic z tego nie rozumiałam.
   - Co się stało? - zapytałam zdezorientowana.
   - Zemdlałaś z powodu ran zadanych przez Lizzie. Jej pazury musiały być zamoczone w wilczym ziele, czyli roślinie, która jest trucizną dla wilkołaków.
Zatem zdarzenie z głosem było tylko snem? To niemożliwe. On był taki realny. Wyraźnie czułam ból zaciskających się sideł na mych nogach. Słyszałam donośny śmiech mych kompanów. Ziemia się trzęsła, gdy biegli w moją stronę. To nie był zwykły sen. Na pewno nie. On musiał coś znaczyć. 
   - Wyglądasz na przerażoną. Wszystko w porządku? - zapytała zmartwiona Malia. 
   - Tak. - odpowiedziałam drżącym głosem.
Przypomniała mi się ledwo żywa Aubrey. Zeszłam już ubrana czym prędzej do piwnicy i ujrzałam ją skutą łańcuchami i przypiętą kajdanami do ściany i podłoża. Jej rany powoli się goiły a ona odzyskiwała przytomność. Podeszłam do niej na odległość trzydziestu centymetrów i spojrzałam w jej przekrwione oczy.
   - Wiem dokładnie jaka jesteś Aubrey Wels, jedna z Pierwszych. Agresywna, okrutna, ale i lekkomyślna. Dlaczego nie uciekłaś z Ianem i Tony'm? 
   - Nie stchórzyłam. 
   - No tak. Mądrością jednak nie grzeszysz. Powiedz mi więc gdzie mogę ich znaleźć a może cię ocalę.
   - Nigdy ci nie powiem. - zaśmiała się.
   - Macie wyjątkowo denerwujący śmiech. - uderzyłam ją z całej siły w twarz łamiąc jej przy tym szczękę.
Z powrotem straciła przytomność. Nie było mi jej szkoda. Cieszyłam się, że cierpi. Jednakże nie mogłam jej jeszcze zabić. Najpierw musiałam wyciągnąć z niej gdzie ukrywa się pozostała dwójka. 
Wróciłam do salonu. Wzrok wszystkich spoczywał na mnie. 
   - Idźcie do domów. - powiedziawszy to odeszłam do swojego pokoju. 
Położyłam się zmęczona na łóżku. Chciałam płakać, lecz nie mogłam. Byłam wyczerpana. Myślałam tylko i wyłącznie o mamie. Przed oczami cały czas miałam widok jak umierała a ja umierałam razem z nią. Starałam się myśleć o niej, gdy była uśmiechnięta. Był to najpiękniejszy widok jaki kiedykolwiek widziałam.
Moje powieki zrobiły się nagle niebywale ciężkie. Nic nie mogłam zrobić, aby utrzymać me oczy otwarte. Skonana poddałam się i zasnęłam.
   - Zabicie Lizzie przyniosło ci wielką ulgę, prawda? - znowu usłyszałam ten głos.
Tym razem nie byłam w parku, lecz we własnej piwnicy. Wyostrzyłam swój słuch, aby dowiedzieć się gdzie jest źródło owego głosu.
   - Czy nie chciałabyś znowu się tak poczuć?
Ten ktoś manipulował swoim głosem w taki sposób, że słyszałam go z każdej strony.
   - Nie chciałabyś poczuć przyjemności z zamordowania Pierwszej?
   - Nie odczuwam z tego żadnej przyjemności. 
   - Okłamujesz samą siebie. Lubisz chaos, konflikty, patrzeć na cierpienie innych. Ból jest dla ciebie narkotykiem, którego pragniesz.
Starałam się nie słuchać tych okropnych słów, lecz nie mogłam się oprzeć. Głos przyciągał mnie do siebie jak magnes.
   - Kim ty do cholery jesteś?! - wrzasnęłam.
   - Chcesz się dowiedzieć to zabij Aubrey. 
   - Nie. Nie zrobię tego! - zaczęłam płakać.
   - Poddaj mi się albo zabiję wszystkich, których kochasz! - wrzasnął mi do ucha.
To sen. To tylko sen. Zaczęłam powtarzać sobie w myślach.
   - Muszę się tylko obudzić. Po prostu obudzić. Więc obudź się Cynthia. - szeptałam. - No dalej, obudź się. - podniosłam ton mojego głosu. - No obudź się. Obudź się! - wrzasnęłam co poskutkowało.
Wybudziłam się z przeraźliwym krzykiem. Po chwili zorientowałam się, że cała dygoczę z zimna. Następnie spostrzegłam, że nie jestem w swoim pokoju tylko siedzę na chłodnej podłodze w piwnicy. Patrzyłam z przerażeniem na swoje drżące dłonie. Palce przybrały ciemny odcień fioletu. Powoli zaczęłam tracić w nich czucie. Potem spojrzałam na umierającą Aubrey. 
   - Przyszłaś się nade mną poznęcać? - wybełkotała przez zaciśnięte zęby.
Gdy widziałam jak powoli uchodzi z niej życie, dotarło do mnie, że staję się potworem. Nie chciałam nim być. Poczułam nagłą potrzebę uwolnienia jej. 
   - Przyszłam cię uwolnić. - oznajmiłam.
Podniosłam się i podeszłam do niej. Patrzyła na mnie zdezorientowana. Przez chwilę spoglądałam w jej zmęczone oczy. Następnie zmusiłam swoje skostniałe palce do poruszenia się.
   - Cynthia, co się stało? Usłyszałem twój krzyk. - zobaczyłam zbiegającego po schodach tatę.
   - Pomóż mi. - ledwo powiedziałam.
Podszedł do nas i rozkuł Aubrey.
   - Zamarzasz. - spojrzał na mnie trzymając na rękach Pierwszą.
   - Zajmijmy się najpierw nią.
Chwilę później znaleźliśmy się w salonie gdzie tata opatrywał na stoliku niską i całą zakrwawioną brunetkę. Siedziałam na kanapie owinięta kocem i bardzo dokładnie przyglądałam się wszystkim zabiegom. Nie pragnęłam już więcej śmierci tej dziewczyny. Teraz chciałam, żeby przeżyła. Widziałam jak bardzo cierpi. Jej krzyki raniły moje uszy. Nie zastanawiając się więc wiele, chwyciłam jej dłoń. Trzymałam ją kurczowo jakbym chciała przejąć cały jej ból. Nagle poczułam go bardzo wyraźnie. Nieznana mi czarna substancja przeszła z Aubrey na mnie a chwilę później jej krzyki ucichły.
   - Co ja zrobiłam? - spojrzałam na tatę.
   - Przejęłaś część jej bólu. - uśmiechnął się do mnie.
   - Dlaczego nie cały?
   - Jeszcze tego nie opanowałaś, ale z czasem nauczysz się tego. Wtedy będziesz mogła przejąć całe cierpienie.
Łzy napłynęły mi do oczu. Łzy szczęścia, że mogę komuś ulżyć w męce.

***
Po godzinie Aubrey była cała opatrzona, więc przenieśliśmy ją na kanapę i okryliśmy grubym kocem. Tata poszedł do łazienki opłukać się z krwi a ja przykucnęłam i zbliżyłam się do nieprzytomnej dziewczyny.
   - Przepraszam za to co ci zrobiłam. Przepraszam. - wyszeptałam jej do ucha, po czym odeszłam do swojego pokoju.
Usiadłam na łóżku i patrzałam przez okno jak noc powoli przeistacza się w dzień a moje ukochane słońce wygląda zza horyzontu. 
Tak dawno się nie widzieliśmy, pomyślałam.
Uśmiechnęłam się pod nosem półprzytomna. Zmęczenie mocno dawało mi się we znaki, lecz nie mogłam się jemu poddać. Bałam się zasnąć. Bałam się co mogę zrobić w trakcie snu pod wpływem tajemniczego głosu. Próbował on zrobić ze mnie bezwzględnego potwora, którym nie byłam. Musiałam tylko robić wszystko, aby nie odpłynąć. Sen był mą zgubą. 
Myślałam usypiając. Po godzinie do mojego pokoju wszedł tata. Spojrzał się na mnie zdziwiony.
   - Myślałem, że położyłaś się spać z powrotem.
   - Nie mogę zasnąć.
   - Próbowałaś chociaż? - usiadł koło mnie zmartwiony.
Nie odpowiedziałam. Złapał delikatnie mą dłoń i uśmiechnął się do mnie.
   - Wszystko się jakoś ułoży kochanie. Poradzimy sobie.
   - Nie bez niej. Potrzebuję jej, tato. Potrzebuję was oboje przy mym boku.
   - Masz nas. Zawsze będziemy przy tobie. A teraz muszę jechać na policję. Gdyby coś stało, zadzwoń od razu do mnie. - pocałował mnie w czoło na pożegnanie i wyszedł.
Odprowadziłam go wzrokiem do drzwi. Siedziałam tak jeszcze chwilę wpatrzona w pustą przestrzeń. Próbowałam zrozumieć moje sny, lecz nie potrafiłam wyciągnąć żadnych wniosków. Potrzebowałam pomocy taty, lecz nie chciałam przysparzać mu dodatkowych kłopotów. Aktualnie naszym priorytetem było odnalezienie Harriet. Aby ją znaleźć musiałam być w pełni skoncentrowana i nie mogłam zajmować się snami. Potrzebowałam przyzwyczaić się funkcjonować bez snu do czasu odnalezienia siostry. Nie chciałam jej stracić. Miałam tylko nadzieję, że nie dopadli jej Ian i Tony. 
Podniosłam swoje ociężałe ciało i zeszłam na dół sprawdzić czy przypadkiem Aubrey się nie obudziła. 
Spojrzałam na nią zatroskana i ujrzałam jak spokojnie śpi. Tak bardzo delikatna. Poczucie winy wzrastało wciąż we mnie bez ustanku. Nie mogłam zrozumieć dlaczego tak nagle jest mi jej żal. Szkoda mi dziewczyny, która zabiłaby mnie bez wahania. Mimo to starałam się ją uratować przed samą sobą. Przed potworem tkwiącym gdzieś głęboko we mnie. 
Gdy tylko dojdzie do siebie, wypuszczę ją, pomyślałam. Mama właśnie tego by chciała.
Tak bardzo mi jej brakowało. Tak bardzo za nią tęskniłam. Gdybym tylko mogła przywrócić jej życie... 
   - Kocham cię mamo. - wyszeptałam pod nosem.
Po chwili usłyszałam ciężki oddech Aubrey. Powoli się przebudzała. Podeszłam więc do niej czym prędzej i obserwowałam ją zdenerwowana. Obawiałam się jej reakcji, gdy mnie ujrzy. 
Sądziłam, że przebudzi się z krzykiem, lecz ku mojemu zdziwieniu tak nie było. Delikatnie otworzyła oczy obserwując gdzie się znajduje. Usiadła spokojna i opanowana a jej wzrok utkwił na mnie co bardzo mnie zdezorientowało.
   - Dlaczego nie zabiłaś mnie, gdy miałaś okazję? - zapytała łagodnie.
   - Nie jestem potworem, który zabija z uśmiechem na twarzy. Nie mam również powodów by się na tobie mścić. - odparłam.
   - Uratowałaś mi życie. Umarłabym w tej piwnicy gdybyś nie zadziałała w porę.
   - Nie takiej reakcji się spodziewałam z twojej strony. Raczej sądziłam, że znowu będziesz chciała mnie zabić.
   - Cóż, nie jestem taka jak myślisz.
Patrzyłam na nią z niedowierzaniem. Miałam uwierzyć w jej słowa? Uwierzyć w to, że nie będzie już próbowała mnie zabić?
   - Wiesz czym grozi zabicie Pierwszego, prawda?
   - Tak, wiem.
   - Nie poddawaj się temu. Walcz jak wtedy w piwnicy. Pamiętaj, że spróbuje cię omamić a jest bardzo przekonywujący. - zdjęła koc, wstała i ruszyła w stronę wyjścia.
   - Kto? O kim mówisz? Znasz tę osobę?! - krzyknęłam spanikowana.
   - To nie człowiek. Potwory są prawdziwe, żyją głęboko w nas i czasami wygrywają. Nie dopuść by wygrały. - powiedziawszy to przekroczyła próg i zniknęła. 
Stałam wpatrzona przed siebie z wybałuszonymi oczami. Nie wiedziałam jak miałam rozumieć słowa Aubrey. Byłam zdezorientowana. Potwory, które żyją w nas? Co to wszystko miało oznaczać? Jak miałam rozumieć to, że nie mogłam pozwolić im wygrać? Nic nie miało sensu. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej, lecz dziewczyny już dawno nie było a ja nawet nie wiedziałam gdzie poszła. Potrzebowałam jej. Najwyraźniej rozumiała co oznaczają moje sny, lecz ona odeszła a ja zostałam zdana na samą siebie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz