piątek, 9 października 2015

3.Pierwsi.

Tuż po słowach Malii poczułam ostre niczym brzytwa kolce wbijające się w moje i tak już zakrwawione łapy. Chciałam przestać się szarpać, lecz moim ciałem zawładnęła żądza mordu i nie mogłam nic zrobić, aby ją powstrzymać.
   - Cynthia, spójrz mi w oczy.
Na głos Dylana wróciłam do postaci pół wilkołaka.
   - I tak mnie nie uratujesz. A wiesz czemu? Bo jesteś nikim! A te bzdury o bratniej duszy to tylko wymysł nic nie znaczących ludzi dokładnie takich samych jak ty. - wybełkotałam dławiąc się własną krwią.
Ujrzałam łzy w jego jasnobrązowych czasem przypominających słodki odcień zieleni oczach. Byłam zadowolona z siebie. Zadowolona z tego, że uderzyłam w jego słaby punkt.
   - Może i jestem nikim i może nic nie znaczę, lecz ty, mylisz się. Bratnia dusza istnieje i jest jak najlepszy przyjaciel a nawet więcej. Jest to jedyna osoba na świecie, która zna cię lepiej niż ktokolwiek inny. Bratnia dusza jest to ktoś kto czyni cię lepszą osobą. Chociaż tak właściwie to nie ona czyni cię lepszą osobą, lecz ty sam to robisz, ponieważ ona cię inspiruje. Bratnia dusza to ktoś kto jest zawsze z tobą. I jest ona jedyną osobą, która zna cię i akceptuje. Wierzy w ciebie zanim ktokolwiek inny uwierzy lub gdy nikt inny nigdy nie uwierzy i bez względu na to co się stanie, zawsze będzie cię kochać. I nic tego nie zmieni. Ja wierzę w ciebie Cynthio Affleck. Wierzę, że znajdziesz w sobie tą siłę, która odeprze moc księżyca. I będę nadal w ciebie wierzył. Nawet gdy będziesz rozrywała mnie na strzępy.
Po tych słowach zaczęłam się powoli uspokajać. Skupiłam się na jego oczach, które czarowały mnie swą głębią. Zaczęłam więc walkę z samą sobą. Robiłam wszystko, aby uwolnić się spod uroku pełni.

***
Walka była długa i męcząca, lecz ostatecznie ją wygrałam. Z powrotem przemieniłam się w człowieka. Z wyczerpania upadłam na podłogę. Leżąc wpół przytomna spojrzałam na małe okienko, zza którego powoli wyłaniało się słońce. Ukazało mi się w swej majestatycznej postaci. 
Udało mi się. Przetrwałam pełnię i nikogo nie zabiłam. 
Resztkami sił uśmiechnęłam się i spojrzałam na Dylana zdejmującego ze mnie ciężki balast. Chciałam wziąć głęboki oddech, lecz krew, którą wciąż się dławiłam uniemożliwiała mi to. Oczy delikatnie się zamykały a ja odpływałam w niebyt. 
Czułam jak Dylan bierze mnie w swe ramiona i niesie. Pomimo ogromnego zmęczenia starałam się przez cały czas być przytomna. Jednakże już po krótkiej chwili cały świat stał się rozmazany. Niczego nie rozpoznawałam, nawet twarzy chłopaka. Tracąc czucie w całym swoim ciele, uśmiechnęłam się po raz ostatni i zamknęłam oczy. Przez kilka sekund słyszałam jeszcze głosy, lecz nie byłam już w stanie stwierdzić do kogo one należały. W końcu zasnęłam. 
Byłam pewna, że zaraz ujrzę swe piękne słońce, lecz tak się nie stało. Widziałam jedynie otaczającą mnie ciemność. Przerażała mnie. Próbowałam dostrzec choćby jeden promień światła. Na marne. Mogłam tylko zacząć krzyczeć, jednakże nie zrobiłam tego. Za to wyrównałam rytm bicia swego serca i zaczęłam wsłuchiwać się w otoczenie. Usłyszałam cichy krzyk. Zaczęłam więc biec w stronę wydobywającego się dźwięku. 
Delikatnie otworzyłam oczy i ujrzałam grupkę ludzi stojących nade mną. Od razu rozpoznałam ich. Był to Dylan, który kurczowo trzymał moją dłoń, Malia obgryzająca paznokcie ze zdenerwowania, tata z szerokim uśmiechem na twarzy, mama ze łzami w oczach i Harriet, która starała się ukryć to jak bardzo jest przerażona.
   - Malia, co się stało? - zapytałam szepcząc.
   - Dałaś radę. Możesz być z siebie dumna. Udało ci się. Muszę przyznać, że jesteś bardzo silna. Już myślałam, że umarłaś.
   - Dajcie jej teraz odpocząć. Dużo przeszła tej nocy. - zakomunikował tata.
   - Dylan, proszę zostań.
   - Dobrze. - uśmiechnął się do mnie.
   - To co powiedziałeś ...
   - Było szczere. - przerwał mi.
   - Wiem. Słyszałam bicie twojego serca. Chciałam tylko powiedzieć, że gdyby nie to dałabym rady.
   - Ja tylko mówiłem to co myślałem.
Nie potrzebowaliśmy więcej słów. Patrzyliśmy sobie głęboko w oczy uśmiechnięci. Malia miała rację. Dylan był moją bratnią duszą, moją kotwicą. Przy nim byłam bezpieczna. Mimo iż nie znałam go za dobrze to zdecydowanie czułam do niego coś więcej niż zwykłe relacje koleżeńskie. Wiedziałam, że to bardzo silne uczucie pozostanie ze mną już do końca moich dni.
Po około godzinie wszystkie moje siły do mnie powróciły a rany się zagoiły. Dopiero teraz dotarło do mnie, że rodzina widziała mnie całą poturbowaną. Jak ja im to wytłumaczę? Nie mogę powiedzieć, że jestem wilkołakiem. Nikt nie miał prawa o tym wiedzieć. Dlaczego Malia i Dylan mnie tu przyprowadzili? 
Po chwili ujrzałam jak wszyscy tu wchodzą oprócz mojej siostry. Usiadłam więc na kanapie i spojrzałam na nich zakłopotana.
   - Cynthia, myślę, że czas wszystko ci wyjaśnić. - oznajmiła Malia. - Przynieśliśmy cię tu, ponieważ twój tata jest druidem. Podał ci zioła, które przyspieszyły twoją regenerację. Miałam tylko nadzieję, że nie będzie Harriet. Niestety była. Cóż, musisz wiedzieć, że jest a raczej zostanie ona łucznikiem, którym jest również twoja mama. Aktualnie twoja siostra szuka tego, który cię ugryzł. Jednakże nie tym powinnaś się teraz przejmować.
   - Tylko czym?! - wrzasnęłam.
   - Tym, że jesteś prawdopodobnie jednym z najsilniejszych wilkołaków. Twoje oczy zdradziły nam wszystko.
   - Jakiego były koloru? - zapytałam ciekawa.
   - Przy źrenicach delikatnie zielone co oznacza, że jesteś tajemnicza i ciekawska. Całościowo były błękitno niebieskie z małymi odcieniami szarości, co świadczy o twojej odwadze, porywczości, czujności, agresji a przede wszystkim nieugiętości.
   - To źle?
   - Cóż, każdy wilkołak będzie chciał odebrać ci te cechy poprzez zabicie cię. A poza tym spodziewaj się wizyty Pierwszych.
Pierwszych? Co to miało oznaczać? Spojrzałam na nią zdziwiona.
   - Pierwszych wilkołaków.
Nie wierzyłam własnym uszom. Czego chcieli ode mnie Pierwsi? Przecież nikogo nie zabiłam. 
Napływ nowych informacji zaczął mnie przytłaczać. Czułam jakby zaraz miała mi głowa eksplodować. Nie chciałam już o niczym więcej słyszeć, lecz musiałam się dowiedzieć jak najwięcej o Pierwszych. Poza tym musiałam również ochraniać moją rodzinę i znajomych. 
Podobno jestem jednym z najsilniejszych wilkołaków, więc nie powinnam odczuwać strachu. W rzeczywistości byłam przerażona. Nie wiedziałam co mam zrobić, jak się zachować.
   - Nie będziesz z tym sama Cynthia. Wszyscy ci pomożemy. Przede wszystkim musisz nauczyć się kontroli nad sobą.

***
Następne dwadzieścia dwa dni nie przyniosły niczego nowego. Były nadzwyczaj spokojne. Zupełnie jakbym znów była tylko człowiekiem a nie wilkołakiem. W tym czasie uczyłam się samokontroli oraz polepszyłam swoje relacje z rodzicami. Natomiast Harriet pozostała wciąż taka sama jak była. Stale szukała wilkołaka, który zmienił całe moje życie. Teraz rozumiałam dlaczego była taka twarda. Nie mogłoby być inaczej gdyż została łucznikiem.
   - Cynthia, ścigamy się za 3...2...1... start! - krzyknęła Malia.
Od kilku dni w taki sposób przemierzałyśmy drogę do szkoły, aby ćwiczyć naszą szybkość i udoskonalać ją. Przez pierwszy tydzień nie byłam w stanie jej dogonić, lecz teraz nie jest to dla mnie żaden wysiłek. Nauczyłam się korzystać ze swoich umiejętności.
Zazwyczaj biegniemy najbardziej zalesionymi miejscami, aby nikt nas nie zauważył i nie zaczął niczego podejrzewać.
Nagle poczułam silną woń czterech osób. 
   - Malia, stój!
   - Czemu? Co się stało? - zatrzymała się metr ode mnie.
   - Cztery wilkołaki idą w naszą stronę.
   - Pierwsi. 
Jeszcze nigdy wcześniej nie czułam takiej potęgi. Przytłaczała mnie i sprawiała, że z trudem oddychałam. Nie byli oni pokojowo nastawieni.
Czym prędzej obnażyłam swe pazury i kły a oczy jarzyły mi się niczym gwiazdy na niebie. Po chwili zza drzew wyłoniły się cztery postacie. Stanęli przede mną i Malią z uśmiechami na twarzach. Na ich czele była wysoka blondynka o agresywnych rysach. Przez chwilę przyglądałam się jej żółtym oczom dopóty, dopóki nie dotarło do mnie, że to właśnie ona mnie ugryzła.
   - Znów się spotykamy, Cynthia. Przyszłam się przywitać. Ostatnio nie zdążyłam tego zrobić.
   - Cóż za brak kultury. - odpowiedziałam z pogardą.
Uśmiech z twarzy blondynki zniknął a na jego miejscu pojawił się grymas niezadowolenia.
   - Odwaga, tak? Nie byłaś taka odważna, gdy cię dopadłam. 
   - Każdy coś skrywa.
   - Tak, wiem. Ty szczególnie. Twoja delikatnie zielona tajemniczość. Jednak przede mną niczego nie ukryjesz Cynthio Affleck. Wiem o tobie wszystko. 
Widziałam jak z bicia mojego serca, z moich ruchów, gestów odczytywała moje emocje, uczucia. Czytała ze mnie jak z otwartej księgi.
   - Przebiegłość. Twoje żółte oczy oznaczają przebiegłość. - powiedziałam zadowolona z siebie.
Jednym ruchem wyłoniła swe pazury.
   - Chyba powinnam ci się przedstawić, ale może najpierw poznaj moich kompanów. To jest Aubrey. - wskazała na niską, czerwonooką brunetkę. - Jest ona z nas najmłodsza. Jej oczy świadczą o jej agresji. Może zaprezentuję. Aubrey. - spojrzała na dziewczynę.
Przygotowałam się na atak z jej strony, lecz nie był on skierowany we mnie tylko w Malię. Po chwili moja przyjaciółka była przybita do drzewa z pazurami Pierwszej w swoim brzuchu. Krew powoli wypływała z jej ust. Chciałam ją uwolnić, lecz niespodziewanie zjawił się przede mną wysoki brunet o oczach zielonych niczym trawa. Odepchnął mnie, lecz nie mocno.
   - A to natomiast jest Tony. Jest nadzwyczajnie szybki. 
   - Może kiedyś wybierzemy się na jakiś wyścig? - zapytałam z sarkazmem.
Nim zdążyłam złapać oddech, wisiałam w powietrzu trzymana za gardło przez średniej wysokości blondyna o białych niczym płatki śniegu oczach.
   - Poznaj Ian'a, mojego starszego brata. Ma piękne oczy, nieprawdaż? Świadczą one o jego sile, ale to już pewnie zauważyłaś. - zaśmiała się.
   - Urocza rodzinka. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
   - Ja jestem Lizzie. Pomimo tego, że jestem młodsza od mojego brata to ja jestem pierwszym wilkołakiem. - powoli zbliżała się do mnie. - Moje oczy nie świadczą tylko o tym, że jestem przebiegła, lecz również bezwzględna. 
Poczułam jak jej pazury przedzierają się przez moją skórę. 
   - Nie jesteś dla mnie zagrożeniem, lecz nie zaszkodziłoby mieć cię w mojej sforze. Dam ci czas na odpowiedź do pełni a raczej dam ci czas na pożegnanie się z bliskimi. Wiedz, że jeśli nie zechcesz ze mną odejść to będę zmuszona to brutalnego zamordowania wszystkich tych, których kochasz na twoich oczach. A przecież tego nie chcesz, prawda? - wyszeptała mi do ucha, po czym cała czwórka zniknęła.
Upadłam na ziemię i próbowałam złapać oddech.
   - Malia, wszystko w porządku?
   - Tak, rana już się goi. A jak z tobą?
   - Wszystko dobrze. - odpowiedziałam zdenerwowana. 
Podniosłam się i patrzałam w stronę, z której przybyli Pierwsi. Zaciskałam pięści tak mocno jak tylko mogłam, aby opanować swój gniew.
   - Co teraz zrobimy?
   - Będziemy walczyć. - powiedziałam zdeterminowana.
Tuż po chwili pędem ruszyłyśmy do szkoły. 
Gdy tylko przekroczyłyśmy jej próg poczułam nieznany mi zapach. Podminowana ruszyłam w jego kierunku. Zaprowadził mnie on do biblioteki do stolika, przy którym siedział samotnie nienaturalnie blady chłopak. Nie zastanawiając się wiele podeszłam do niego, złapałam za rękę i z wielką siłą pociągnęłam za sobą na korytarz. Szybko dostrzegłam jak bardzo był zdezorientowany.
   - Czym jesteś? 
   - Słucham?
   - Czym jesteś?! - wrzasnęłam.
   - Nie wiem o co ci chodzi ... - powiedział zmieszany.
   - Gdy tylko weszłam do szkoły, poczułam twój zapach. Cuchniesz zgnilizną. Zapytam ostatni raz, później będę mniej delikatna. Czym jesteś?
Spoglądał w moje oczy wyraźnie poirytowany. Wiedział, że nie uda mu się wybrnąć z tej sytuacji.
   - Wampirem. Jestem wampirem ... - uciekał wzrokiem. 
Kolejny potwór do kolekcji, pomyślałam.
   - Gdzie są inni? 
   - Nie ma innych. Jestem sam.
Dlaczego Pierwsi jeszcze się nim nie zainteresowali? Dlaczego jeszcze go nie zabili?
   - Jak długo tu jesteś?
   - Dzisiaj się tu przeprowadziłem. Tam gdzie wcześniej mieszkałem nie było dla mnie bezpiecznie.
   - Wybrałeś złe miejsce. - powiedziawszy to odeszłam.
Czym prędzej odszukałam Malię. Byłam wściekła, że nie powiedziała mi o wampirach.
   - Dlaczego nie powiedziałaś mi o innych potworach?
   - Potworach? - spojrzała na mnie zaskoczona.
   - Przed chwilą spotkałam wampira. Mamy jednego w szkole.
   - Los nam sprzyja. Musimy go odnaleźć i chronić za wszelką cenę.
   - Czemu?
   - Wampiry są niezwykle rzadkie w dzisiejszych czasach. Większość z nich dawno temu wymordowano. A on może uratować ci życie.
Nie byłam z tego zadowolona. Jakim cudem wystraszony chłopak miał mnie uratować? Rzekłabym, że to niemożliwe, jednakże za każdym razem gdy to mówię dzieje się coś o czym nawet nie śniłam. Miałam wystarczająco dużo swoich problemów a teraz na dodatek miałam robić za czyjąś niańkę. Poza tym on bał się mnie a co dopiero Pierwszych. Nie przeżyje tego spotkania a ja nie mogę tak po prostu wystawić go na pewną śmierć. Będę musiała sprawdzić jego umiejętności. 
Miałam nadzieję, że okaże się szybki i zwinny, ponieważ nie miałam czasu na trenowanie go. Sama przeszłam zaledwie przez jedną pełnię i nie wiem czy podołam kolejnej. 
Zamierzałam udać się do klasy, lecz poczułam nieprzyjemny odór zgnilizny tuż za moimi plecami. Odwróciłam się wiedząc kogo tam ujrzę.
   - Jestem Thomas. Thomas Conves. - powiedział niepewnie.
   - Przydasz mi się Thomasie Conves. - uśmiechnęłam się.
Ujrzałam jak jego ciemno brązowe oczy zaiskrzyły potwierdzająco. Byłam ciekawa co mogą one oznaczać. Byłam ciekawa jaki on jest. Nie wyglądał na silnego. Był raczej delikatnej postury. Sprawiał wrażenie jakby miał się zaraz rozpaść na tysiące kawałków. Zupełnie jakby był z porcelany. Intrygowało mnie w jaki sposób funkcjonuje. Taki niewinny i bezbronny. Zdany na samego siebie. Najwidoczniej potrafił o siebie zadbać skoro nadal żył. Jednakże Pierwsi na pewno już o nim wiedzieli. Powinnam gdzieś go ukryć. Tylko gdzie? Nie ma takiego miejsca na tym świecie, w którym Pierwsi by go nie znaleźli. Strasznie cuchnął. Można było go wyczuć z kilometra. 
Po chwili rozmyślania postanowiłam zabrać go do domu. Liczyłam na pomoc taty. Nasuwało się natomiast pytanie czy mama lub Harriet go nie zabiją? 
Wszystko komplikowało się coraz bardziej. Musiałam chronić chłopaka przed Pierwszymi i własną rodziną. Chciałam, aby choć jedna rzecz poszła zgodnie z moją myślą. 
Po szkole zabrałam ze sobą Thomasa, Malię i Dylana do domu. Obawiałam się reakcji rodziny, lecz mimo wszystko zaryzykowałam.
   - Tato. Musisz nam pomóc.
   - Już o wszystkim wiem. Stanowczo odradzałbym wam tę walkę, lecz wiem, że i tak mnie nie posłuchacie. Zatem przygotujcie się do ciężkiej walki. Trenujcie tylko i wyłącznie nocą gdzie nikt was nie będzie widział. Musicie wiedzieć, że jeśli zabijecie któregoś z Pierwszych to ściągniecie na siebie demony, które ukażą waszą najgorszą stronę. Czy jesteście gotowi podjąć takie ryzyko?
   - Tak. - odpowiedziałam stanowczo.
Odwróciłam głowę w stronę moich towarzyszy i spojrzałam na nich ze smutkiem. Byli tacy młodzi. Całe życie stało przed nimi otworem a ja posyłałam ich na walkę niemożliwą do wygrania. W jaki sposób mieliśmy się do niej przygotować? Jedyne co mogliśmy zrobić to trenować nasze umiejętności. A co gdybym przystała na układ Lizzie? Czy aby na pewno zostawiłaby moich bliskich w spokoju? 
Po chwili dostrzegłam Harriet schodzącą na dół.
   - Harriet, potrzebuję twojej pomocy.
   - Słucham.
   - Musisz pomóc mi pokonać Pierwszych.
Ku mojemu zdziwieniu na twarzy mojej siostry pojawił się szeroki uśmiech. Była podekscytowana.
   - Kiedy?
   - Podczas pełni.
   - Zatem idę się przygotować. - powiedziawszy to ruszyła w stronę piwnicy.
Przerażała mnie jej radość. Nie chciałam jej narażać na takie niebezpieczeństwo, jednakże zdecydowanie przyda nam się podczas walki. Poza tym zapewne będzie to zaskoczeniem dla Pierwszych, że u mego boku walczy łucznik. Miałam tylko nadzieję, że uda nam się to przeżyć.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz