czwartek, 5 listopada 2015

11.Ucieczka.

Przez całą lekcję siedziałam wpatrzona w puste kartki zeszytu i rozmyślałam nad słowami Vicky. Przestało mnie zastanawiać skąd wie o mojej naturze. Ciekawiło mnie w jaki sposób ma zamiar to wykorzystać. Nie bez powodu powiedziała mi o tym. 
Gdy tylko zadzwonił dzwonek, wyszłam z klasy i udałam się przed szkołę, aby zaczerpnąć odrobinę świeżego powietrza. Nagle usłyszałam ciche szlochanie. Zdziwiona rozejrzałam się wkoło i po chwili ujrzałam siedzącego w samochodzie na parkingu Wille'go z dłońmi przyciśniętymi do uszu. Zaniepokojona tym widokiem, podeszłam do szyby auta. Dostrzegłam jak po jego bladych policzkach w szaleńczym tempie spływają łzy. Serce waliło mu niczym jak młot.
   - Dajcie mi spokój. Zostawcie mnie. - powtarzał szepcząc.
Wyraźnie odczuwałam jego strach. Zmartwiona delikatnie zastukałam w szybę, aby go nie wystraszyć. Jednakże Willy nie zareagował, więc zastukałam mocniej. Spojrzał na mnie wystraszony, a w jego oczach widniał obłęd zmieszany z przerażeniem. Wyraz jego twarzy przypominał mi mój, gdy po raz pierwszy ujrzałam wilkołaka. Na mój widok, jedną ręką opuścił szybę na dół, a drugą otarł łzy.
   - Co się stało? - zapytałam łagodnym głosem.
   - Nic. Wszystko w... w... porządku. - zająknął się.
   - Wcale tak nie wygląda.
   - Po prostu jest tu za głośno. Nie zniosę więcej tych wszystkich głosów. 
Skołowana rozejrzałam się po parkingu, lecz oprócz naszej dwójki nikogo tu nie było.
   - Jakich głosów? O czym ty mówisz? Przecież tu nikogo nie ma. - z powrotem na niego spojrzałam.
   - Oni wszyscy coś szepczą, ale ja ich nie rozumiem. Jest ich za dużo. Za dużo ... 
Trzęsącymi się dłońmi odpalił samochód i odjechał z piskiem opon. Zdezorientowana patrzyłam jak znika za zakrętem. Próbowałam poukładać sobie w głowie jego bełkot, lecz na marne. Nie słyszałam głosów, o których mówił Willy. Słyszałam wszystko, tylko nie szepczące głosy.
Zamyślona powróciłam do szkoły. Postanowiłam na razie nikomu nic nie mówić o dziwnym zajściu. Oprócz taty. Był on druidem, więc mógł mi pomóc. Jednakże dopóki nie wiedziałam co dokładnie działo się z Willy'm, nie miałam zamiaru nikogo martwić, a szczególnie Dylana. 

***
Reszta lekcji zleciała mi bardzo szybko. Przez cały pobyt w szkole unikałam Dylana tak bardzo jak tylko mogłam. Myślałam, że udało mi się, dopóki nie ujrzałam go czekającego na mnie przy aucie. Nie odwlekając tego dłużej, podeszłam do niego obojętnie.
   - Mógłbym się dowiedzieć czemu unikasz mnie cały dzień? - zapytał zdenerwowany.
Patrzyłam mu prosto w oczy i nie wiedziałam co mam powiedzieć. Nie potrafiłam go okłamać. Stałam więc przed nim nie mówiąc nic.
   - Cynth!
Zdesperowana wtuliłam się w niego. Zaskoczony moim gestem, po chwili objął czule me smukłe ciało. Czułam jego przyjemnie ciepły oddech na swojej szyi. Pomimo iż był tylko człowiekiem, którego w każdej chwili mogłam zmiażdżyć, czułam się przy nim bezpieczna. 
Nagle poczułam wibracje telefonu w kieszeni. Oderwałam się więc od ukochanego i wyjęłam komórkę. Ku mojemu zdziwieniu dostałam wiadomość od taty. Czym prędzej ja odczytałam, po czym spojrzałam przed siebie z wybałuszonymi oczami. 
   - Willy miał wypadek. - powiedziawszy to wsiadłam do auta wraz z Dylanem. 

***
Po około dwudziestu minutach znaleźliśmy się w szpitalu. Pędem wbiegliśmy do recepcji.
   - Niedawno został tu przywieziony chłopak. William Templer. W jakiej sali leży? - zapytał roztrzęsiony Dylan.
   - Teraz jest w trakcie operacji. Możecie zaczekać na wieści od lekarza na drugim piętrze w poczekalni. 
Nie zwlekając dłużej pobiegliśmy w wytyczone miejsce. Tam wypytywaliśmy każdego przechodzącego lekarza o podanie jakichkolwiek informacji. Jednakże żaden nic nie wiedział. 
Po godzinie wyczekiwania, moje zdenerwowanie sięgnęło zenitu. Zaczęłam więc krążyć po korytarzu. Czułam winna wypadkowi Wille'go.
Gdybym za nim pojechała, nie leżałby teraz na stole operacyjnym walcząc o życie, pomyślałam. Mogłam się domyślić, że w jego stanie nie zajedzie daleko. To wszystko moja wina.
   - To wszystko przeze mnie... - wyszeptałam.
   - Co? 
Odwróciłam się za siebie i ujrzałam stojącego tuż przede mną zdezorientowanego Dylana. Wiedziałam, że muszę mu o wszystkim powiedzieć, jednakże obawiałam się tego. 
   - Rano, po pierwszej lekcji, wyszłam przed szkołę zaczerpnąć świeżego powietrza i zobaczyłam rozhisteryzowanego Wille'go w samochodzie. Podeszłam sprawdzić czy wszystko w porządku. Był przerażony. Cały czas powtarzał coś o jakiś szepczących głosach, a po chwili odjechał. Nic nie mówiłam, bo nie chciałam cię martwić. Miałam zamiar sprawdzić wszystko zaraz po szkole.
   - Cynthia, powinnaś była od razu mi wszystko powiedzieć!
   - Wiem, ale chciałam najpierw dowiedzieć się dlaczego tak się zachowywał, a potem pomóc mu.
   - To przestań! Przestań próbować wszystkim pomagać. Tylko krzywdzisz tym ludzi! - wrzasnął wściekły.
Poczułam jakby Dylan wbił mi nóż w plecy. W przeciągu kilku sekund łzy nagromadzone w moich oczach zaczęły szaleńczo spływać po mych policzkach. Nie sądziłam, że kiedykolwiek usłyszę od niego takie słowa. 
Nie mówiąc nic więcej, odwróciłam się i szybkim krokiem odeszłam w stronę schodów. Nie słyszałam niczego oprócz jego raniących słów, które ciągle powtarzały się w mojej głowie. Była to jedyna rzecz, którą byłam w stanie usłyszeć. 

***
Szłam powolnym krokiem przed siebie ze zwieszoną głową i wzrokiem wbitym w ziemię. Auta zatrzymujące się tuż przede mną głośno trąbiły, lecz nie zwracałam na nie uwagi. Wciąż czułam jak łzy skapują z mych policzków. Nawet nie próbowałam ich powstrzymać.
Po pewnym czasie spostrzegłam iż znajduję się w parku Crofton. Nie zastanawiając się dlaczego przyszłam akurat tutaj, usiadłam pomiędzy drzewami opierając się plecami o jedno z nich. Zaczęłam dokładnie rozważać słowa Dylana. Miał rację. Nikomu nie byłam w stanie pomóc. Wszyscy tylko przez mnie cierpieli. Powinna byłam umrzeć podczas walki z Lizzie. To powinnam być ja.
Nagle poczułam wibrujący telefon w kieszeni, więc wyciągnęłam go i odebrałam przychodzące połączenie nie patrząc od kogo ono pochodzi.
   - Cynthia? - usłyszałam głos Dylana. - Przepraszam...
   - Nie. - przerwałam mu. - Miałeś rację. Nie jestem istotą stworzoną do pomagania innym, tylko do zabijania. - powiedziawszy to rozłączyłam się i odłożyłam komórkę na jej miejsce.
Czułam się winna za każde cierpienie moich bliskich. Byłam bezsilna. Wiedziałam, że muszę w jakiś sposób temu zapobiec. Jednakże wszelkie moje działania kończyły się czyjąś krzywdą. Nie chciałam już zranić nikogo więcej. Musiałam więc odciąć się od wszystkich. Musiałam uciec.
Nie zwlekając dłużej wstałam i udałam się na dworzec. Wsiadłam tam do autobusu jadącego do Bobtown. Za cel obrałam sobie miasto Summersville w Virginii Zachodniej. Jednakże tam musiałam dotrzeć pieszo, aby bliscy mnie nie znaleźli. Zamierzałam przemieszczać się wyłącznie nocami. 

***
Widząc iż zaczyna się ściemniać, udałam się w ustronne miejsce. Spojrzałam na granatowe niebo przepełnione migoczącymi gwiazdami.
   - To jest jedyne wyjście mamo. Będąc sama już nikogo więcej nie zranię. - uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem i zamknęłam oczy. 
Zaczęłam się zmieniać w wilkołaka czując jak moje kości przybierają nowy kształt. Jednakże nie czułam takiego samego bólu jak podczas pierwszej przemiany. Otworzyłam swe wilkołacze oczy, spojrzałam przed siebie i zaczęłam biec. Wiatr muskający całe moje ciało sprawił, że czułam się wolna, bezpieczna. Pomimo ogromnej prędkości, nie odczuwałam zmęczenia. Zupełnie jak podczas biegu z Malią. Tęskniłam za nią. Tęskniłam za wszystkimi. 
Biegłam całą noc nie zwalniając ani na chwilę. Rankiem zatrzymałam się w małym mieście Star City. Przemieniłam się z powrotem w człowieka Edith Barill Riverfront Park. Odwiązałam od swego tułowia ubrania i założyłam je na siebie. Dopiero teraz poczułam głód. Sięgnęłam ręką do kieszeni w spodniach, aby sprawdzić czy mam jakieś pieniądze. Wyciągnęłam ją razem ze zgniecionymi dziesięcioma dolarami. Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem chociaż wiedziałam, że nie starczy mi to na długo. Jedynym wyjściem na przeżycie było znalezienie pracy w Summersville.
Gdy tylko ból żołądka przypomniał mi o głodzie, ruszyłam w poszukiwaniu baru. 
Po kilku minutach odnalazłam Terra Cafe niedaleko parku. Nie zastanawiając się dłużej, weszłam do środka szybkim krokiem i usiadłam do stolika przy oknie. Po chwili podeszła do mnie młoda kelnerka o miedzianej cerze.
   - Co byś chciała, kochanie? - posłała mi serdeczny uśmiech.
   - Hamburgera. 
   - W porządku. Będzie gotowy za dziesięć minut. - powiedziawszy to odeszła.
Tuż po tym spojrzałam pustym wzrokiem na siedzenie naprzeciw mnie. Zastanawiałam się co aktualnie robią moi bliscy. Chciałam wiedzieć czy Willy nadal żyje, jak przebiegła jego operacja, czy Leo nadal przebywa u mnie w domu, czy ... czy ktoś już mnie szuka. Nie mogłam pozwolić im na odnalezienie mnie. Byłam ich zgubą. Nie chciałam, aby dłużej cierpieli przeze mnie. Wystarczająco dużo bólu wprowadziłam do ich życia. Zbyt wiele razy byli o krok od śmierci z mojego powodu, lecz to już więcej się nie powtórzy. 
   - Smacznego. - z rozmyślań wyrwała mnie kelnerka kładąca talerz z daniem przede mną.
   - Dziękuję. - wymamrotałam. 
Odprowadziłam ją wzrokiem do lady z kasą.
   - Radzę ci dolać więcej ketchupu. Dają go zdecydowanie za mało. 
Ujrzałam wysokiego chłopaka siadającego naprzeciwko mnie. Jego ciemnobrązowe włosy nie pasowały do bladej cery. Patrzył na mnie swymi piwnymi oczami z szerokim uśmiechem na twarzy.
   - Jestem Oliver. - wyciągnął do mnie rękę w geście przywitania.
   - A ja niezainteresowana. - zaczęłam jeść.
Dostrzegłam jak chłopak niepewnie cofnął swoją dłoń. Nie chciałam być dla niego niemiła, lecz również nie chciałam zawierać nowych znajomości. Pragnęłam jedynie pozostać sama.
   - Jesteś tu nowa, prawda? - nie poddawał się.
   - Ta, ale jeszcze dzisiaj wyjeżdżam. - wybełkotałam z buzią pełną jedzenia.
   - Dlaczego? Nawet jeszcze nie poznałaś tego miasta.
Odłożyłam połowę hamburgera z powrotem na talerz i spojrzałam na niego zdenerwowana.
   - Posłuchaj mnie Oliverze bardzo uważnie. Nie zamierzam tu zostać ani zawierać jakichkolwiek znajomości, więc bądź tak uprzejmy i pozwól mi zjeść w spokoju. - nie zwracając więcej na niego uwagi, powróciłam do jedzenia.
Ku mojemu zdziwieniu zjadłam resztę posiłku w idealnej ciszy. Jednakże Oliver nie odszedł od mojego stolika. Nie przejmując się tym, wstałam, wyjęłam z kieszeni pieniądze, położyłam obok pustego talerza i wyszłam, a tuż za mną on.
   - Będziesz mnie teraz śledzić? - zapytałam nie odwracając się.
   - Chciałbym tylko porozmawiać. 
   - Obawiam się, że nie mamy o czym.
Nagle chłopak wybiegł przede mnie i uśmiechnął się delikatnie.
   - Chciałbym cię poznać.
   - Zapomnij.
   - Proszę.
Patrzyłam na niego i pomyślałam o Dylanie, który był równie uparty jak Oliver. Westchnęłam głęboko i spojrzałam na niego z politowaniem.
   - Możemy porozmawiać pod warunkiem, że pokażesz mi miejsce, do którego nikt się nie zapuszcza.
   - Po co? - zapytał zdziwiony.
   - Nie twój interes. To jak?
   - Niech będzie. - uśmiechnął się zadowolony.
Ku memu zdziwieniu, ruszyliśmy w stronę parku Edith Barill Riverfront.
   - Dlaczego więc uciekasz?
   - Dlaczego uważasz, że uciekam? 
   - Pojawiasz się znikąd. Sama. Zostajesz na jeden dzień i pierwsze co robisz po przybyciu do miasta, to idziesz coś zjeść. Poza tym nie chcesz, żeby ktokolwiek cię poznał.
Spojrzałam na niego zakłopotana. Zrozumiałam, że muszę być bardziej ostrożna skoro dopiero co poznany chłopak zdołał mnie rozszyfrować.
   - Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz. Po prostu nie rozumiem przed czym mogłabyś uciekać.
   - Czemu?
   - No wiesz, jesteś twardą dziewczyną. Przynajmniej na taką wyglądasz. Poza tym jesteś naprawdę piękna.
Wybałuszyłam oczy.
   - Nie mów mi, że jesteś słodkim, romantycznym chłopakiem z bogatej rodziny z idealnymi ocenami i planami na przyszłość.
   - Nie. - zaśmiał się. - Raczej gram rolę czarnego charakteru. 
Z każdą chwilą byłam coraz bardziej go ciekawa. Chciałam go poznać chociaż wiedziałam, że jest to jedynie chwilowa znajomość.
   - Nie powinieneś być teraz w szkole?
   - Raczej nie. Jestem zawieszony za wielokrotne bójki, niszczenie mienia szkoły i oblanie kilku przedmiotów.
   - Zgaduję więc, że masz wielu przyjaciół.
Zaśmieliśmy się obydwoje. 
   - Gdybym mógł, to również bym uciekł?
   - Co cię powstrzymuje?
   - Brak pomysłu na to gdzie mógłbym się udać, brak pieniędzy... W sumie to sam nie wiem. Chciałby wynieść się od moich przybranych rodziców. Dają mi wszystko co mają, a ja nic nie jestem w stanie im dać. Nie mogę tego znieść.
Słuchałam go z niedowierzaniem. Nie rozumiałam dlaczego mimo wszystko chciał uciec od osób, które tak bardzo go kochały.
   - Jesteśmy na miejscu.
   - Oh... To dzięki, że mnie tu przyprowadziłeś. Pa.
   - Mam jeszcze jedno pytanie. - zawahał się. - Czy ... czy mógłbym się do ciebie przyłączyć?
Nie odpowiadając mu odeszłam.
   - Dlaczego nie?
   - Dlaczego? - przystanęłam i odwróciłam się do niego. - Chcesz uciec od osób, dla których jesteś całym światem, i które prawdopodobnie oddałyby życie za ciebie. Nie pozwolę ci na to. Nie ze mną. Ja straciłam taką osobą przez własną głupotę i nie mogę już tego cofnąć. Nie popełniaj tego błędu.
Łzy napłynęły mi do oczu na myśl o mamie. Wbiłam więc swój wzrok w ziemię, aby Oliver nie mógł ich dostrzec. Chwilę później poczułam jego ciepłą dłoń na swoim policzku. Zdziwiona spojrzałam mu prosto w oczy, a on przytulił mnie do siebie. Poczułam jego silnie bijące serce.
   - Nie! - odepchnęłam go od siebie. - Zostaw mnie. - pokazałam mu swoje prawdziwe oczy i uciekłam.

***
Gdy byłam wystarczającego daleko od niego, wspięłam się na jedno z najwyższych drzew. Usiadłam na grubej gałęzi i oparłam się plecami o pień. Zaczęłam rozglądać się wokół, aby sprawdzić czy nie pobiegł on za mną. Jednakże po trzydziestu minutach nie dostrzegłam nikogo w pobliżu, więc odetchnęłam z ulgą. Zmęczona zamknęłam oczy i zasnęłam. 
Śniłam o Dylanie. Jego ciemnobrązowych włosach ułożonych za każdym razem inaczej. O jego magnetycznych, brązowych oczach, w których zatracałam się jak tylko w nie spoglądałam. O jego ciepłym uśmiechu witającym mnie każdego dnia. Czułam jak jego umięśnione ramiona przyciskają moje ciało do jego, po czym złożył mi słodki pocałunek na ustach. Zamknęłam swe oczy napawając się rozkoszną chwilą, a gdy je otworzyłam, Dylana już nie było. Byłam tylko ja pośród drzew i ciemnego nieba. Uświadomiłam sobie jak wielka była moja tęsknota za rodziną, przyjaciółmi, Dylanem. Brakowało mi ich bardziej niż kiedykolwiek indziej. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz