środa, 25 listopada 2015

16.Morderczy księżyc.

Następnie dziesięć dni minęło spokojnie. Na wielu twarzach widziałam rozpromienione uśmiechy, lecz na mojej go brakowało. Unikałam rodziny, przyjaciół, a w szczególności Dylana. Zamknęłam się w swojej głowie. Byłam więźniem własnego umysłu. Potrzebowałam ratunku, który nie nadchodził. Każdego dnia coraz bardziej pogrążałam się w swym smutku.

***
Szłam powoli szkolnym korytarzem ze wzrokiem wbitym w ziemię. Nagle wpadłam na nieznaną mi przeszkodę i przewróciłam się. Lekko oszołomiona spojrzałam do góry i ujrzałam stojącego tuż nade mną Dylana. 
   - Strasznie cię przepraszam Cynthia. Zapatrzyłem się w telefon i nie zauważyłem ciebie. - wyciągnął dłoń w moją stronę. 
Nie korzystając z jego pomocy wstałam zażenowana. Następnie otrzepałam spodnie i odeszłam szybkim krokiem. Weszłam do łazienki ze łzami w oczach. Usiadłam na ziemi opierając się plecami o chłodną ścianę. Zamknęłam oczy, aby się uspokoić i jak najszybciej zapomnieć o zaistniałej sytuacji, jednakże z marnym skutkiem. W głowie cały czas tkwił mi widok ukochanego oferującego mi pomoc. Uświadomiłam sobie iż brakowało mi go znacznie bardziej niż przypuszczałam. Nie mogłam pogodzić się z faktem, że już go przy mnie nie ma. Zaczęłam wspominać wspólnie spędzone chwile, smak jego ciepłych ust, głębię czarujących oczu, czuły dotyk. Tęskniłam za tym w jaki sposób na mnie patrzył, dotykał, z jak wielką uwagą słuchał mego głosu. Łaknęłam go. Jednakże mimo to, nie żałowałam swych decyzji. Przynajmniej miałam pewność iż jest bezpieczny.
Po około piętnastu minutach wstałam i wyszłam. Zmierzałam długim korytarzem w stronę wyjścia, gdy nagle dostrzegłam Maddie opierającą się dwoma rękoma o szafki. Ignorując to szłam dalej przed siebie. Mijając ją usłyszałam jej głośnie dyszenie. Lekko zaniepokojona zatrzymałam się i wsłuchałam w rytm bicia jej serca, które było nienaturalnie szybkie nawet jak na wilkołaka.
   - Maddie, wszystko w porządku? - przybliżyłam się do niej.
Rozkojarzona odwróciła głowę i spojrzała na mnie. Ujrzałam jej lśniące oczy, które z każdą chwilą jarzyły się coraz bardziej. Dopiero wtedy dotarło do mnie iż tego dnia jest pełnia księżyca, która skutecznie na nią działa. Bez wahania złapałam ją za rękę i z impetem pociągnęłam za sobą. Czym prędzej wyszłyśmy ze szkoły i poszłyśmy do mego auta. Następnie wsiadłyśmy do niego i ruszyłyśmy w stronę mojego domu. 
Podczas jazdy co chwilę zerkałam na Maddie, która ze wszystkich sił starała się kontrolować. Widziałam z jak wielkim trudem jej to przychodziło. 

***
Gdy znalazłyśmy się na miejscu, wysiadłyśmy z pojazdu i wbiegłyśmy do środka.
   - Coś się stało? - usłyszałam zdziwioną Harriet.
   - Chodź z nami do piwnicy. 
Zaprowadziłam Maddie pod ścianę i zaczęłam ją przypinać łańcuchami oraz kajdanami, co zajęło mi kilka minut.
   - Dzisiaj pełnia. Harriet, ty i tata przenocujecie dzisiaj u Malii. 
   - Co? Nie, Cynthia, nie zostawimy cię tu samej. Pomożemy ci. - protestowała.
   - Wiesz co się stanie, gdy Maddie podczas pełni wydostanie się stąd? Rozerwie wszystkich na strzępy. Bez wyjątku. I z tego co wiem, ani ty ani tata nie potraficie się regenerować, więc idź teraz zabierz potrzebne rzeczy i jedź do szpitala do taty. Pośpiesz się!
Po krótkiej wymianie spojrzeń, wyszła.
   - Maddie, jak się czujesz?
   - A jak myślisz?! - wrzasnęła.
   - Okej... Musisz posłuchać mnie bardzo uważnie. Pod żadnym pozorem nie poddawaj się urokowi księżyca. Będziesz cierpiała, jednakże wiem, że poradzisz sobie. Wierzę w ciebie. - powiedziawszy to odwróciłam się.
Wyciągnęłam z kieszeni telefon i napisałam Malii wiadomość o zaistniałej sytuacji. Następnie usiadłam na starym fotelu i zaczęłam się zastanawiać co będzie w stanie uspokoić Madeline, gdy zmieni się w wilkołaka.
   - Cynthia, mam do ciebie prośbę. 
Spojrzałam na nią pytająco.
   - Jeśli nie uda ci się zapanować nade mną to zabij mnie.
   - Nie zrobię tego. - odpowiedziałam stanowczo.
   - Nie zniosę większej ilości krwi na mych rękach.
Po jej zaróżowionych policzkach zaczęły ściekać łzy. Chciałam ją pocieszyć, jednakże nie było żadnych słów, które sprawiłyby, że jej poczucie winy zmalałoby. Maddie musiała nauczyć się z nim żyć i przestać obarczać się nim. 
Dokładnie wiedziałam przez jakie piekło będzie przechodzić, dlatego miałam zamiar pozostać przy niej do samego końca. Nawet jeśli przepłaciłabym za to własnym życiem.

***
Kilka godzin później, gdy poczułam, że księżyc zaczyna się wyłaniać, wstałam z fotela i podeszłam do Maddie. Była zmęczona walką z samą sobą, jednakże prawdziwa walka miała się dopiero zacząć.
   - Wypuść mnie... - wymamrotała. - I tak już mi nie pomożesz. Nie potrafisz tego zrobić. Jesteś tylko słabą dziewczyną, która jest przerażona otaczającym ją światem. Ktoś taki jak ty nie zasługuje na bycie alfą. Będę więc na tyle uprzejma, że zabiję cię pierwszą. - uśmiechnęła się pod nosem.
   - Nie zrobisz tego.
   - Dlaczego tak uważasz?
   - Nie jesteś potworem, za którego się uważasz. Jesteś wilkołakiem Maddie, nie mordercą. Jesteś silna. Uda ci się zapanować nad żądzą mordu. Tylko nie wywieszaj białej flagi. Walcz do końca.
Nagle usłyszałam śmiech i oklaski za swoimi plecami. Zdziwiona odwróciłam się i ujrzałam wyłaniającego się zza rogu Ian'a. 
   - Ian? Co ty tu robisz?
   - Piękne słowa. - podszedł do mnie. - Szkoda, że nie zdołałaś powiedzieć więcej. - wstrzyknął nieznaną mi substancję w żyłę.
Tuż po tym cały świat zaczął wirować, a ja nie mogłam oddychać. Tracąc przytomność upadłam na ziemię. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz