poniedziałek, 30 listopada 2015

17.Sprawiedliwości zadość.

Gdy się przebudziła, poczułam ogromny ból równomiernie rozłożony po moim ciele. Nie pozwalał mi on na jakikolwiek ruch. Następnie poczułam, że moje ręce i nogi są skrępowane czymś co wypalało moją skórę. Zdezorientowana delikatnie otworzyłam swe oczy i spojrzałam przed siebie na zamazany świat. Spanikowana zaczęłam rozglądać się dookoła poszukują jaśniejszych punktów, lecz na marne. Miejsce, w którym się znajdowałam, było przepełnione ciemnością. Czułam jak moje płuca są wypalane, przez co z wielkim trudem oddychałam. 
   - Oczy... - wyszeptałam.
Resztkami sił ujawniłam swe prawdziwe oczy. Ponownie spojrzałam przed siebie. Ujrzałam poczerniałe ściany, lecz nadal nie w pełni wyraźnie. Następnie skierowałam swój wzrok do góry, aby sprawdzić czy dam radę się wyswobodzić.
   - Nie... - łzy ściekły po mych policzkach.
Moje zakrwawione ręce były przywiązane grubym sznurem do metalowego słupa. Szybko spostrzegłam iż jest on przesiąknięty tojadem. Zrezygnowana spojrzałam na swe stopy, które natomiast były uwięzione w przybitych do ziemi sidłach.
   - Och, ocknęłaś się już. 
Nagle przede mną pojawił się Ian.
   - Co ty wyprawiasz?! Wypuść mnie! - krzyknęłam wściekła.
   - Robię to co dawno powinno być zrobione. - powiedziawszy to wyciągnął zza pleców sztylet, a następnie wbił go w mój brzuch. - On również jest przesiąknięty tojadem, tak jak wszystko czego dotykasz. - zaczął powoli go przekręcać.
Wyłam z bólu. 
   - Dlaczego to robisz? - wybełkotałam, gdy przestał.
   - Odebrałaś mi jedyną osobę, którą szczerze kochałem. Chyba nie myślałaś, że tak naprawdę ci to wybaczyłem?
Nie odpowiedziałam.
   - Och, myślałaś. - zaśmiał się. - Urocze. Zatem z wielką przyjemnością uświadamiam cię, że pomszczę dzisiaj Lizzie i w końcu umrzesz. Na początku sądziłem, że twój demon cię zabije, jednakże ujarzmiłaś go. Musiałem więc podjąć pewne kroki, które kosztowały mnie sporo wysiłku, lecz przyznam, że opłacało się.
   - Co masz na myśli? - zapytałam wyczerpana.
   - Wszystko co przytrafiło się tobie, twojej rodzinie, twoim przyjaciołom, to moja zasługa. Nagłe przybycie Madeline nie było przypadkowe. Odnalazłem ją i powiedziałem, że jesteś alfą, która pomoże jej nauczyć się samokontroli. Następnie powiadomiłem Leo jak może sprawić, aby jego mam była z niego dumna. Później była Vicky. Przedstawiłem jej cały twój świat. Całkiem dobrze to przyjęła. Ah, i ta sytuacja z Willy'm. To ja spowodowałem wypadek. Później uciekłaś. Przyznaję, że trochę mnie tym zaskoczyłaś, jednakże zdążyłem przekazać Oliverowi kilka ciekawych informacji. To wszystko, całe twoje cierpienie było dla mnie ukojeniem. Sporo przeszłaś jak na nastolatkę, nie uważasz? - uśmiechnął się. - Teraz tylko poczekam aż twój organizm wchłonie cały tojad. - powiedziawszy to odwrócił się i odszedł. 
   - Muszę się stąd wydostać. 
Zebrałam całą swoją siłę i przed ponad godzinę nieustannie próbowałam się wyswobodzić, lecz na marne. Każdy ruch przynosił mi niewyobrażalny ból. 

***
   - Twoi bliscy wszędzie cię szukają, a ja oczywiście im pomagam. Niestety nigdzie nie możemy cię znaleźć. Jaka szkoda.
Spojrzałam wściekła na Ian'a i dostrzegłam małą buteleczką z żółtą cieczą w jego dłoni.  
Tojad, pomyślałam.
   - Pozwól, że przejdziemy do przyjemniejszej części naszego wspólnie spędzonego czasu. Cóż, przynajmniej dla mnie. - powiedziawszy to podszedł do mnie z uśmiechem na twarzy i wyjął sztylet z mego brzucha.
Następnie zamoczył go w tojadzie i wbił mi w bok powoli przesuwając w prawą stronę. Czynność tą powtórzył na reszcie mojego ciała. 
Po kilku minutach nie miałam już siły krzyczeć. Jednakże przy ostatnim obrażeniu zaryczałam głosem przepełnionym bólem, po czym głowa opadła mi na dół.
   - Pożałujesz, że to zrobiłaś. - wybiegł.
Wisiałam bezwładnie przywiązana do słupa, próbując nie stracić przytomności. Starałam się przyspieszyć regenerację, aby móc uwolnić się, lecz było za wiele głębokich ran. W końcu zorientowałam się iż mój organizm przestał się leczyć. Musiałam jak najszybciej pozbyć się tojadu ze swojego ciała, jednakże nie wiedziałam jak. Ledwo utrzymywałam oczy otwarte. Byłam pewna swej śmierci. Wiedziałam, że umrę w agonii. Miałam tylko nadzieję, że Ian nie skrzywdzi moich bliskich.
Nagle usłyszałam głośne walenie pięściami w metalowe drzwi. 
   - Cynthia! Jesteś tam?! Powiedz coś! 
Nie byłam pewna czy naprawdę słyszę przyjemny głos Dylana czy jest to zaledwie wytwór mojej wyobraźni. Chciałam, aby mnie uratował, jednakże nie chciałam narażać go na tak wielkie niebezpieczeństwo. Nie potrafiłabym ochronić go przed Ian'em, który torturowałby go na moich oczach.
   - Proszę, odezwij się.

   - To nie możesz być ty... - wymamrotałam dławiąc się krwią. 
Nagle cały świat zastygnął w idealnej ciszy, która koiła moje uszy. Pomimo bólu jaki odczuwałam, brak jakichkolwiek dźwięków był przyjemny. Nie zastanawiałam się co go spowodowało. Napawałam się błogim spokojem póki mogłam. Dokładnie wiedziałam, że to dopiero początek mych tortur. Zdążyłam się już oswoić z myślą, iż na nic się one zdadzą. Nie było sposobu, abym je przeżyła. Cieszyłam się więc ostatnimi chwilami mojego życia.
Niestety niespodziewany huk przywrócił mnie do przytomności. Pomimo szybko upływającego czasu, moje zmysły wcale się nie polepszały. 
   - Cynthia, słyszysz mnie?
Nagle poczułam chłodne dłonie unoszące mą twarz lekko do góry. Znów słyszałam głos Dylana, czułam zapach jego perfum. Koncentrując resztki swych sił, wyostrzyłam swój wzrok do granic możliwości. Widząc ukochanego stojącego naprzeciwko mnie pozwoliłam łzom swawolnie ściekać po mych policzkach. 
   - Wszystko będzie dobrze. Zabiorę cię stąd. - zaczął rozplątywać sznur.
Chciałam go ostrzec przed Ian'em, lecz nie byłam w stanie wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Byłam pewna, iż Pierwszy zdążył się już zorientować gdzie przebywa Dylan i właśnie zmierzał w naszą stronę. Przerażała mnie myśl, że po raz kolejny będę zmuszona do oglądania śmierci bliskiej mi osoby.
Wtedy ktoś z impetem odciągnął Dylana nim ten zdążył mnie uwolnić.
   - Myślałeś, że nie wyczuję twojej obecności?! - wrzasnął Ian. - Zginiesz przez własną głupotę.
Próbując zaprotestować, zwymiotowałam krwią.
   - Patrz mały wilczku jak twój ukochany cierpi i cierp razem z nim!
Chwilę później spostrzegłam niczym przez mgłę Ian'a trzymającego Dylana w górze za gardło i duszącego go. Jego głośny krzyk spowodowany pazurami napastnika rozszarpującymi jego umięśnione ciało sprawiał, że zapominałam o własnym bólu. Jedyne co odczuwałam do cierpienie ukochanego.
   - Podobno jesteś jedną z najsilniejszych alf Cynthia. Udowodnij to. Uratuj go! - krzyczał rozbawiony.
   - Zostaw go...
   - Oczywiście, że go nie uratujesz. Jesteś za słaba. Nie potrafisz nawet ochronić ludzi, którzy poświęcają dla ciebie wszystko. Nie zasługujesz na nich! 
Po tych słowach, zebrałam cały swój gniew i uwolniłam część swego demona. Wściekła spojrzałam na Pierwszego i jednym ruchem zerwałam sznur z mych rąk. Następnie szybko uwolniłam swe nogi od sideł, po czym podeszłam do niego i odciągnęłam Dylana na bok. 
   - Jestem alfą! Czy tego chcesz czy nie, jestem nią i nie zmienisz tego. Mogę być słaba, ale nigdy nie pozwolę, aby ktokolwiek zranił ludzi, na których mi zależy. I nie dbam o to czy to mnie zmieni czy nie. - powiedziawszy to z rykiem zmieniłam się w wilkołaka.
Rozwścieczona rzuciłam się z impetem na Ian'a. Atakowałam go w takim tempie, że nie mógł zmienić swojej postaci. Próbował się bronić, lecz na marne. Pewna siebie zadawałam mu głębokie rany, które wolno się regenerowały.
Nieoczekiwanie poczułam lekkie ukłucie w szyi, jednakże nie zwróciłam na nie większej uwagi.
   - Jak mówiłem, umrzesz jeszcze dzisiaj. - wybełkotał ostatkiem sił z uśmiechem na twarzy. 
Coraz bardziej rozwścieczona zaryczałam, po czym rozszarpałam jego gardło kłami. 
Następnie, gdy tylko się uspokoiłam, powróciłam do poprzedniej postaci. Wystraszona podeszłam do Dylana sprawdzić jego obrażenia.
   - Cynth, twoja szyja... - wyszeptał podnosząc się z ziemi. 
Zdezorientowana sięgnęłam ręką do miejsca, w którym wcześniej poczułam ukłucie. Poczułam tam wbitą strzykawkę w aortę. Czym prędzej wyjęłam ją i dokładnie obejrzałam. Wtedy dotarły do mnie ostatnie słowa Iana'a który tuż przed śmiercią wstrzyknął mi połowę płynnego srebra. Czym prędzej podbiegłam do jego ciała i dla pewności uczyniłam to samo. Wycieńczona upadłam na ziemię. Zaczęłam odczuwać ból zwiastujący koniec.
   - Dylan... - spojrzałam na niego ze łzami w oczach. - Proszę, zaopiekuj się moją siostrą. Ona nie może zostać sama.
   - Co? Cynthia, o czym ty mówisz? Już po wszystkim. Wydostaniemy cię stąd. - podbiegł do mnie i złapał w swe ramiona.
   - Tylko ty się stąd wydostaniesz. - powiedziawszy to po raz ostatni splotłam nasze dłonie i odebrałam od niego cały ból.
Pomimo ryku wydzierającego się z mojego gardła, nie przestałam. Nie puściłam jego ręki dopóki nie odebrałam od niego całego cierpienia. 
   - Wyleczyłaś moje rany. - powiedział uradowany. - Zaniosę cię do szpitala.
   - Nie. Ja umieram. W moich żyłach jest płynne srebro. Została mi zaledwie minuta życia.
   - Nie... Cynthia, nie umrzesz. Nie dzisiaj. Nie tutaj. Nie pozwolę na to. - w jego oczach pojawiły się łzy.
   - Już za późno.
Ścisnął mnie mocniej przerażony. Tymczasem ja patrzyłam głęboko w jego zaczerwione oczy. Po raz ostatni studiowałam ich niezwykły odcień. 
Nieoczekiwanie moje powieki stały się niebywale ciężkie. Starałam się pozostać przytomna, lecz z każdą chwilą byłam coraz bardziej słaba. Z czasem przestałam walczyć. Poddałam się kuszącemu snu, który uwodził mnie. Zamknęłam więc swe powieki z uśmiechem na twarzy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz