- Cynthia, czy mogłybyśmy porozmawiać na osobności?
- Tak. Już idę.
Delikatnie wstałam, aby nie obudzić Dylana. Chciałam, aby odpoczywał dopóki może.
Przed wyjściem zerknęłam na niego i zauroczył mnie swym łagodnym snem.
- Cynthia, co zrobimy, jeśli nie zdołamy ci pomóc?
- Malia, to ja muszę stoczyć tą walkę a nie wy. Nie martw się tym. - starałam się ją pocieszyć.
- A jeśli nie podołasz a my nie będziemy nic w stanie zrobić, co wtedy?
- Wtedy zabijecie mnie. - powiedziałam stanowczo.
- Nie ... nie zrobię tego. Nikt z nas tego nie zrobi. Cynthia jesteś dla mnie niczym siostra. Jak mogłabym zrobić coś tak potwornego? Nie mogę cię stracić. Nie mogę ... - szlochała.
Nie mówiąc nic przytuliłam ją mocno do siebie. Czułam jak jej łzy przesiąkają przez moją koszulkę. Chciałam móc powiedzieć jej, że wszystko będzie dobrze, lecz nie mogłam jej okłamywać. Nie w tej kwestii.
Byłam zaskoczona jej zachowaniem. Nie spodziewałam się usłyszeć takich słów a zwłaszcza w takim momencie. To ja zawsze panikowałam, nie ona. Malia jest jedną z najtwardszych osób jakie znam. To ona zawsze podnosiła mnie na duchu. Pokazywała płomień światła w ciemnościach.
Nagle rytm bicia jej serca zaczął nienaturalnie przyspieszać. Gwałtownie odsunęła się ode mnie i oparła ręką o ścianę. Zaczęła się dusić i pocić. Po kilku sekundach kolor jej skóry był podobny do Thomasa.
- Cynthia, nie czuję ... nóg i rąk ... boli mnie ... - wskazała na swoją klatkę piersiową, po czym upadła na ziemię.
Czym prędzej uklęknęłam przy niej i ujęłam dłońmi jej twarz.
- Malia, spójrz na mnie. Musisz się uspokoić. Oddychaj. Postaraj się oddychać powoli i spokojnie. I nie martw się o mnie. Nic mi nie będzie. Poradzę sobie tak jak zawsze. Pokonam swojego demona. Obiecuję.
Od razu po tych słowach uspokoiła się.
Złożyłam jej obietnicę, której nie będę w stanie wypełnić.
Chwilę później z pokoju wyszedł zaspany Dylan.
- Co tu się stało? - zapytał ziewając.
- Malia miała atak paniki, ale już po wszystkim.
- Cynthia, chodź tu, szybko! - usłyszałam krzyk taty z dołu.
Po krótkiej wymianie spojrzeń z przyjaciółką i chłopakiem, zbiegłam do salonu. Ujrzałam tam całą zakrwawioną Harriet leżącą na stole. Ten widok przypominał śmierć mamy.
- Co się stało ? - podbiegłam do niej przerażona.
- Została uwolniona i naznaczona.
- Mógłbyś mówić jaśniej?!
- Już żaden demon jej nie opęta. - wskazał na jej szyję.
Widniał tam czarny łuk ze strzałą przypominający tatuaż.
- Dlaczego ma tyle ran?
- Walczyła z jakimś wilkołakiem.
Aubrey, pomyślałam.
- Przeżyje?
- Tak.
Nie zastanawiając się dłużej, chwyciłam ją mocno za dłoń i zaczęłam odbierać jej ból. Po chwili czułam jak płynie on w mych żyłach. Próbowałam nad nim zapanować, lecz był on zbyt silny. Widziałam jak Harriet zaczęła się przebudzać , więc zacisnęłam swoją dłoń jeszcze mocniej. Serce waliło mi coraz szybciej. W końcu świat wokół mnie zaczął wirować. Upadłam na kolana z przeraźliwym krzykiem.
- Puść ją! - krzyknął tata, po czym odciągnął mnie od siostry.
- Przynajmniej odzyskała przytomność. - wyszeptałam.
- Mogłaś umrzeć Cynthia! Przejęłaś za wiele bólu. Poza tym nakarmiłaś nim swojego demona.
Nie obchodziło mnie to. Zależało mi tylko na tym, aby ocalić Harriet. Żałowałam, że zostałam od niej odciągnięta. Mogłam odebrać od niej całe cierpienie. Nie zważałam na to czy zabiłoby mnie to, tak samo jak mama, gdy ratowała mnie.
- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytała Harriet.
- Nie chciałam ... nie chciałam, żebyś cierpiała. - odpowiedziałam cała drżąc.
- Trochę bólu nie zaszkodziłoby mi. - powiedziała z półuśmiechem na twarzy.
***
Po godzinie drgawki ustały a mehndi sięgało mi już tylko do łokcia. Zostało mi zaledwie sześć godzin do opętania.
- Kończy ci się czas, Cynthia. - usłyszałam głos demona w głowie.
- Tobie również. - wyszeptałam.
- Ja jestem przygotowany na wszystko.
Czyżby wiedział co zamierzamy zrobić? Nie mógł. Nikt nie zdradził mi planu dla bezpieczeństwa.
Byłam zagubiona. Nie byłam pewna czy demon tylko igrał ze mną czy rzeczywiście o wszystkim wiedział. Mimo to podzieliłam się tą informacją z resztą.
***
Gdy siedziałam samotnie w pokoju dokładnie analizując wszystkie dotychczasowe zdarzenia, weszła Harriet i usiadła obok mnie na łóżku.
- Jak się czujesz? - zapytałam ledwo słyszalnym głosem.
- Dobrze. A ty?
- Bywało lepiej.
- Ta. Chciałam cię przeprosić za wszystko. Nienawidzę siebie za to, że próbowałam cię zabić dwa razy. Wiesz, nie radzę sobie ze śmiercią mamy i tym całym nowym światem. Wszystko dzieje się tak szybko a ty ... Ty radzisz sobie ze wszystkim. Przyjmujesz tak wiele bólu bez żadnego słowa i jeszcze dodajesz otuchy innym. Podziwiam cię Cynthia. Chciałabym być taka jak ty. Tak silna, ale nie potrafię. To wszystko mnie przytłacza. Gubię się we własnym strachu. - płakała.
- Harriet, ja z niczym sobie nie radzę i nie tylko ciebie to wszystko przytłacza. Uwierz mi, jesteś silniejsza ode mnie.
Uśmiechnęła się do mnie. Byłam tym zaskoczona. Była taka młoda i piękna.
- Umierasz, prawda? - posmutniała.
- Dlaczego tak myślisz?
- Jesteś zimna jak lód, blada niczym śnieg i z każdą chwilą jest coraz gorzej.
Dopiero po jej słowach zdałam sobie z tego sprawę. Umierałam. Jednakże nie zmartwił mnie ten fakt. O wiele bardziej byłam przejęta zbliżającym się opętaniem.
- Jeśli ceną za wsze bezpieczeństwo jest moje życie to bez wahania jestem w stanie ją zapłacić. - odpowiedziałam patrząc jej prosto w oczy.
- A czy pomyślałaś jak będziemy się czuli, gdy umrzesz?! - gwałtownie wstała z łóżka. - Pokazałaś nam, że mimo wszystko wciąż możemy wygrać a teraz tak po prostu chcesz się poddać? Zastanawiałaś się nad tym czy zniosę twoją śmierć lub Dylan, który jest szaleńczo w tobie zakochany? A Malia i Thomas, którzy ryzykowali dla ciebie życiem walcząc z Pierwszymi?!
- Harriet ... - nie dokończyłam.
- Ja zniosę kolejnej przegranej. Nie zniosę straty kolejnej osoby w moim życiu! Nawet nie zdążyliśmy pochować mamy Cynthia! - wybiegła ocierając łzy cieknące po jej zaróżowionych policzkach.
Oniemiałam. Do tej pory uważałam, że moja śmierć wyjdzie wszystkim na dobre. Najwyraźniej myliłam się. Nie sądziłam również, że Harriet może żywić do mnie tak wielkie uczucia.
***
Po dwóch godzinach mehndi sięgało już połowy przedramienia.
Jeszcze tylko cztery godziny, pomyślałam.
Oczekiwanie wykańczało mnie. Czułam się bezradna. Nie mogłam nic zrobić, aby zapobiec opętaniu. Powoli zaczynałam odczuwać niezaspokojony głód oraz ogromną siłę demona.
- Dlaczego to robisz? - wyszeptałam.
- Jestem spragniony cierpienia, chaosu i zabawy.
- Zabawy? Zabijanie niewinnych osób jest dla ciebie rozrywką?!
- Jedyną w swoim rodzaju. Pozwolę ci tego zasmakować. Zabijemy wszystkich Cynthia. Każdą żyjącą istotę. Bez wyjątku.
Bałam się. Nie kryłam już swych łez.
- Płacz w niczym ci nie pomoże.
- Zamknij się!
Trzymałam głowę skrytą w dłoniach i krzyczałam. Starałam się zagłuszyć głos w mojej głowie. Jednakże nie przynosiło to żadnych skutków a mimo to wrzeszczałam coraz głośniej. Po chwili obok mnie znalazł się Dylan z tatą, Malią i Harriet. Przytulił mnie do siebie, abym się uspokoiła, lecz to nie działało. Mój krzyk roznosił się po całym domu. Głos demona wciąż powtarzał mi swe okrutne słowa. Ukazywał mi sceny, w których morduję ludzi z uśmiechem na twarzy.
- Proszę, przestań. - szlochałam. - Proszę ... Nie zniosę tego dłużej. Nie dam rady.
Słyszałam w tle moich bliskich. Jednakże ich słowa były dla mnie niczym pomruki wiatru.
- Nie zabiję ani jednej osoby! - wyrwałam się z objęć Dylana i przemieniłam w pół wilkołaka.
Zaryczałam donośnym głosem i uświadomiłam sobie jak bardzo demon mną manipuluje. Zaczęłam więc powoli wyrównywać rytm bicia swego serca i swój oddech. Ostatecznie powróciłam do postaci człowieka i ujrzałam przerażenie w oczach przyjaciół i rodziny.
- Przepraszam was ... - odwróciłam się w stronę okna. - Słońce już zachodzi. Przygotujcie się. - podeszłam do niego. - Lub uciekajcie. - wyszeptałam.
Dłonie. Tylko one były jeszcze pokryte wzorami.
- Co mam robić mamo? Jak mam ich wszystkich ochronić przed samą sobą? Jak mam walczyć, gdy brak mi sił? Nie dam rady ... Nie zdołam ich uratować. Co gorsza, to właśnie ja ich zabiję. To ja wszystkich zabiję. To ja wtedy powinnam umrzeć, nie ty ... Przepraszam. - spoglądałam na zachodzące słońce.
***
Pozostały mi czas minął bardzo szybko. Nim się zorientowałam piękny błękit nieba zamienił się w ciemny granat. Mehndi zniknęło z mych rąk jakby nigdy go tam nie było.
- Zabawę czas zacząć. - usłyszałam swego demona.
Nagły mrok spowił cały świat. Trwało to zaledwie kilka sekund. Poczułam jak me oczy płoną od kruczoczarnego mroku.
Uśmiechnęłam się delikatnie pod nosem i zeszłam do salonu.
- Komitet powitalny. Jak miło. - zaśmiałam się.
Usłyszałam zbliżającego się Blaze z lewej strony. Szybkim ruchem odwróciłam się do niego, chwyciłam go za dłoń i wbiłam mu strzykawkę, którą kurczowo trzymał w dłoni w szyję. Wpuściłam zawartość do aorty, która od razu go sparaliżowała.
- Na prawdę sądziłeś, że nie zorientuję się iż masz cały rękaw wysmarowany jadem paraliżującym? Chyba troszkę nie doceniasz moich umiejętności. - upadł na ziemię a ja odwróciłam się do reszty. - Kto pierwszy?
Zauważyłam wściekłą Malię biegnącą wprost na mnie z dwiema katanami. Niewzruszona złamałam jej ręce i przybiłam ją katanami do ściany. Jej przeraźliwy krzyk był niczym kołysanka dla mych uszu.
- Wiadomość od Cynthii: nie mogę utopić swoich demonów. One wiedzą jak pływać. - wyszeptałam do jej ucha.
- Oh, Thomas, Harriet. Prawie o was zapomniałam.
Złapałam strzałę wypuszczoną przez łuczniczkę centymetr przed moją twarzą. Odwróciłam ją i rzuciłam prosto w bok jej właścicielki. Wrzasnęła z bólu i upadła na ziemię.
- Tylko się nie popłacz. - zaśmiałam się. - A co mam z tobą zrobić wampirku?
W ciągu kilku sekund obaliłam go, połamałam jego kończyny i porozcinałam mu żyły.
- Gdy twoje kości się zrosną będziesz zbyt słaby, aby zrobić cokolwiek. Ciekawe czy wampir może wykrwawić się na śmierć. Cóż, przekonamy się.
- Cynthia jesteś silniejsza od tego. - spojrzałam zaciekawiona na Dylana.
Podeszłam powoli do niego, wyrwałam cienką, metalową nóżkę od stolika i przebiłam nią jego bok.
- Oh, bezbronny Dylan. Przyjaciel nie powiedział ci, że umrzesz? Jak nie ładnie z jego strony. - pokręciłam głową. - Uważaj komu ufasz. Diabeł był kiedyś aniołem. - spojrzałam na resztę. - Teraz moi drodzy odbiorę od was ból, lecz nie cały, abyście mi nie uciekli. - złapałam każdego po kolei za rękę i odebrałam małą namiastkę ich cierpienia. - Nie zabiję was jeszcze. Cynthii za bardzo na was zależy, dlatego wasze cierpienie smakuje najlepiej. Chaos powrócił kochani. Miłego odpoczynku.- odeszłam z szerokim uśmiechem na twarzy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz