- Nie męczy cię ciągły opór? - usłyszałam tajemniczy głos w głowie.
- Dlaczego nie pokażesz mi kim jesteś? - wyszeptałam.
Nie odpowiedział.
Stałam na środku salonu patrząc na swe dłonie. Nagły ból głowy wyrwał mnie z rozmyślań. Nie był on silny, lecz irytujący. Zupełnie jakby chciał utrudnić mi rozwikłanie zagadki. Uświadomił mi jedynie jak bardzo w ostatnim czasie moje życie się skomplikowało. Moja mama nie żyła, siostra uciekła i chciała mnie zabić, tajemniczy głos chciał zrobić ze mnie potwora a Ian i Tony zapewne już szykowali na mnie odwet. W jaki sposób miałam temu wszystkiemu podołać? Byłam zaledwie zwykłą nastolatką. Do czasu ...
Niespodziewanie do mojego domu wbiegła Malia.
- Co zrobiłaś Aubrey? Czy ona nadal żyje? - zapytała roztrzęsiona.
- Tak, żyję. Wypuściłam ją.
Dostrzegłam ulgę na jej twarzy.
- Spałaś w ostatnim czasie? Wyglądasz strasznie. Jesteś cała blada. - patrzyła na mnie zatroskana.
Nie mówiąc nic spuściłam wzrok na dół zastanawiając się czy powiedzieć jej o nawiedzającym mnie głosie. Możliwe, że był on nowym problemem, lecz zarówno mógł być tylko wytworem mojej wyobraźni.
- Malia, czy mogłabyś ... - nie dokończyłam.
Wypowiedź przerwała mi upadając na ziemię ze strzałą przeszywającą jej ramię. Tuż po chwili zza drzwi wyłoniła się Harriet z łukiem w ręce. Patrzyłam zdezorientowana na moją siostrę, która następną strzałę mierzyła we mnie.
- Harriet, co ty robisz?! - wrzasnęłam.
Milczała. Parę sekund później poczułam jak grot strzały przebija się przez moją bladą skórę. Nie poczułam bólu, lecz sen obezwładniający mnie.
Gdy otworzyłam oczy znowu znajdowałam się w piwnicy. Nie byłam pewna czy to sen czy jawa.
- Czy rozwikłałaś już to kim jestem?
- Nie.
- Lepiej się pośpiesz.
- Dlaczego? - zapytałam rozglądając się po pomieszczeniu.
- Zabiję każdego na kim ci zależy i posłużę się przy tym małą, zranioną Harriet. Tak łatwo jest mi nią manipulować.
- Zostaw ją w spokoju! - krzyknęłam.
Głos zachichotał.
- Ja jedynie ukazuję jej jacy ludzie są naprawdę. Potwory z krwi i kości.
Gniew narastał we mnie z każdą chwilą.
- Kim jestem? - usłyszałam szept przy moim uchu.
Szybko odwróciłam się mając nadzieję, że zobaczę kto to. Jednak jak zwykle nikogo tam nie było.
- Nie wiem.
Nagły krzyk wybudził mnie ze snu. Rozejrzałam się wystraszona po pokoju. Natomiast mojej siostry już nie było. Tylko Malia próbująca mnie wybudzić.
- Chyba muszę ci o czymś powiedzieć. - westchnęłam.
***
Gdy opowiedziałam jej o wszystkim, dostrzegłam zdezorientowanie na jej twarzy. Ona również nie wiedziała kto lub co steruje Harriet.
- Myślę, że powinnaś odpocząć.
- Czy ty mnie słuchałaś?! Za każdym razem, gdy zamykam oczy ten głos powraca i zmusza mnie do skrzywdzenia kogoś. Nie mogę pozwolić sobie na odpoczynek. - odpowiedziałam zdesperowana.
- Tylko jak chcesz uratować Harriet, gdy ledwo trzymasz się na nogach?
- Dam radę.
- Proszę cię Cynthia. Tylko chwilkę się prześpij. Proszę. Będę nad tobą czuwać.
Posłuchałam jej. Wiedziałam, że koniecznie tego potrzebuję, jednakże bałam się zasnąć. Bałam się znowu usłyszeć ten chrapliwy, kobiecy głos. Przerażał mnie on, lecz nie mogłam uciekać przed nim wiecznie. W końcu musiałam stawić mu czoła i dowiedzieć się kim jest.
Delikatnie położyłam się na kanapie i przykryłam kocem. Niepewnie zamknęłam oczy i od razu zasnęłam.
- Dlaczego tak bardzo się mnie obawiasz? Ja tylko chcę ci pokazać prawdziwe oblicza ludzi. Jak śmieją się z twojego cierpienia.
- Kłamiesz. Ludzie tacy nie są. - odpowiedziałam drżącym głosem.
- Są. Naśmiewają się z twojej bezradności. Z tego jak bardzo słaba jesteś. Czerpią przyjemność z twoich porażek.
Schowałam głowę w dłoniach. Słowa wypowiadane przez tajemniczy głos uderzały we mnie z ogromną siłą a ja nie mogłam ich odeprzeć. Powoli łzy zaczęły spływać po moich zimnych policzkach. Chciałam się obudzić, lecz nie mogłam.
- Wiesz, zaczynam myśleć, że mają rację. Boisz się nawet zwykłego głosu. Chowasz głowę w dłoniach w akcie desperacji. Nie potrafisz obronić samej siebie a co dopiero innych. Jesteś słaba.
- Kim ty jesteś, żeby mnie oceniać?!
- Kimś bardzo ci bliskim tylko ukrywasz mnie przez całe swoje życie, ale ja nigdy nie zniknę. Już wiesz kim jestem, prawda? Powiedz to.
- Nie ... ja... nic nie wiem. - wyjąkałam.
- Powiedz!
- Nie wiem! - krzyknęłam.
Nagle wszystko zrozumiałam. Każdy szczegół. Wszystkie słowa do mnie dotarły. Przed moimi oczami ukazała się przerażająca prawda.
- Ty jesteś ... moim demonem. - wyszeptałam.
- Dokładnie. Jestem wszystkim co w tobie najgorsze. Jestem twoją najmroczniejszą stroną. A teraz pozwól, że przejmę twój piedestał.
Wybudziłam się z rozdzierającym moje gardło krzykiem. Spojrzałam przed siebie i dostrzegłam wpatrujących się we mnie Malię i Dylana.
- Hej, wszystko w porządku? - podszedł do mnie zatroskany Dylan. - Pewnie znowu śnił ci się koszmar, ale to tylko sen.
- Nie, to nie był tylko sen. To było coś o wiele gorszego. Miałam nadzieję, że pomimo tego całego szaleństwa będę mogła spać spokojnie, ale już nawet nie wiem kiedy nie śnię. - szlochałam.
- O czym ty mówisz?
- Uciekajcie stąd! Błagam, szybko!
Nagły mrok pojawił się przed moimi oczami, lecz już po kilku sekundach ustąpił. Jednakże nie byłam już sobą. Poczułam jak ból, który odebrałam wcześniej od Aubrey rozpływa się po całym moim ciele i przynosi mi rozkosz. Chwilowo zaspokoił mój ogromny głód. Pragnęłam więcej, o wiele więcej.
Spojrzałam na Dylana i szeroko uśmiechnęłam się pod nosem. Patrzyłam na niego jak na pożywienie.
- Dylan, odsuń się od niej! - wrzasnęła Malia.
Podeszłam do niej i dotknęłam dłonią jej twarzy.
- Taka delikatna. Aż trudno uwierzyć, że potrafisz się zregenerować. Pozwolisz, że sprawdzę jak szybko działa twoja umiejętność. - powiedziawszy to wbiłam pazury w jej brzuch.
- Twoje oczy ... zachodzą czernią ... - wybełkotała.
- Przyjrzyj się im bardzo dokładnie. To właśnie w nich kryją się wszystkie moje demony.
Czułam jej strach pulsujący w żyłach. Wyjęłam więc swoje szpony z jej ciała i złapałam ją za rękę. Zabrałam od niej cały ból i strach. Nasyciłam się nim jak przekąską. Czułam przyjemność jakiej nigdy wcześniej nie zaznałam. Jednakże wciąż było jej za mało.
- Oni przyjdą po ciebie.
- Kto?
- Yokai. Przyjdą i zabiją ciebie demonie.
- Niech przyjdą. - zaśmiałam się. - Niech przyjdzie po mnie cały mrok. Niech spróbuje zabrać moją duszę, jeśli mam jeszcze jakąkolwiek duszę do odebrania. - wyszeptałam jej do ucha.
Po tych słowach odeszłam.
Zmierzałam w stronę parku by złapać trop Pierwszych. Ich śmierć była dla mnie niczym wisienka na torcie. Niesamowicie pyszna.
Gdy pozabijam ich, już nikt nie będzie w stanie mi przeszkodzić, pomyślałam. Na całym świecie zapanuje chaos, którym będę się karmiła.
Po dotarciu na miejsce walki, od razu dostrzegłam krople krwi na ziemi wyznaczające drogę do miejsca pobytu Pierwszych. Było to dla mnie zaproszeniem na wspaniałą ucztę. Ruszyłam więc z uśmiechem na twarzy po śladach.
Zaprowadziły mnie one do opuszczonego domu pięć kilometrów od parku. Stałam przed starym budynkiem wyglądającym jak z horroru. Spodziewali się mnie i zabezpieczyli.
Dom chroniła wielka, błękitna kopuła widoczna tylko dla istot o nadnaturalnych zdolnościach. Nie przejmując się nią zdecydowanym krokiem zbliżyłam się do niej. Dotknęłam jej dłonią i od razu poczułam prąd przeszywający całe moje ciało, który wyrzucił mnie na odległość kilku metrów z ogromną siłą. Ponownie chwilowy mrok przed oczami. Jednakże już po chwili podniosłam się przerażona, rozglądając się wokół siebie. Nie wiedziałam gdzie jestem i jak się tam znalazłam. Pamiętałam jedynie urywki niektórych zdarzeń.
Nagle usłyszałam czyjeś kroki na skrzypiącej podłodze. Spojrzałam przed siebie i ujrzałam Aubrey u progu starych, drewnianych, spróchniałych drzwi.
- Co się stało? - podeszłam kawałek.
- Nic nie pamiętasz? - zapytała podejrzliwie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Pokaż mi swoje prawdziwe oczy.
Zrobiłam to. Nie rozumiałam tego. Aubrey dokładnie znała kolor mych oczu.
- Powoli zachodzą czernią. Nie będzie niczego pamiętała dopóki całe nie staną się kruczoczarne. - wyszeptała do postaci wyłaniającej się z ciemności.
Była to niska dziewczyna o złotych włosach. Jej twarz wydawała mi się znajoma, lecz nie wiedziałam kogo mi przypomina. Patrzyła się na mnie z pogardą. Na jej nadgarstku dostrzegłam czarny tatuaż, który przedstawiał głowę lisa z czarno-fioletowymi oczami. Przyglądałam się jemu przez dłuższy czas z zaciekawieniem. Było w nim coś tajemniczego. Coś co przyciągało moją uwagę.
- To znak, który mówi, że Alice jest yako, czyli dzikim lisem. Jednakże jej oczy nie są w pełni czarne. Ma w sobie jeszcze coś z człowieka.
Odruchowo spojrzałam na swoje nadgarstki zupełnie jakbym spodziewała się tam czegoś podobnego. Natomiast ujrzałam tam wzory, które były rozprzestrzenione na całych rękach.
- Co to jest?! - krzyknęłam przerażona.
- To mehndi. Hinduski wzór, który rysuje się pannie młodej. Natomiast dla istot takich jak my oznacza on uwolnienie od demona, lecz tylko na pewien czas. Będzie on znikał a ty będziesz czuła jakby wypalał się. Twoja psychika będzie wtedy wytwarzała iluzję cierpienia, które z trudnością będziesz wytrzymywała. Pamiętaj, że demony karmią się bólem, więc będziesz musiała uśmierzyć go w swojej głowie.
- On steruje Harriet.
- Nie martw się nią. Znajdę i uwolnię ją od twojego demona. Teraz wracaj do domu. - zniknęła wraz z Alice w mroku domu.
Podniosłam się zszokowana, odwróciłam i ruszyłam chwiejnym krokiem. Szłam ulicami z głową zwieszoną na dół. Co pewien czas spoglądałam przed siebie by zorientować się gdzie aktualnie jestem. Po około dziesięciu minutach drogi dostrzegłam ciemną postać trzymającą kogoś w górze za gardło. Szybko zorientowałam się, że był to wilkołak. Przyglądałam się przerażona jak niewinny człowiek został rozszarpany. Zaczęłam biec, aby dowiedzieć się kim jest morderca.
Gdy byłam wystarczająco blisko ujrzałam samą siebie. Jak to możliwe?
Nagle obydwie postacie rozpłynęły się jakby nigdy nie istniały. Przetarłam swe oczy. Nie wierzyłam w to co ujrzałam.
- Nie opieraj się mi. - usłyszałam szept demona.
Po raz kolejny próbował zawładnąć mną. Przez całą drogę ukazywał mi sceny, podczas których z zimną krwią mordowałam ludzi. Próbowałam wciąż iść przed siebie i nie patrzeć na iluzje, lecz były one zbyt realistyczne. Uderzały we mnie niczym grom. Uświadamiały mnie jakim potworem jestem.
Gdy dotarłam do domu niebo zaczął spowijać mrok. W salonie czekali już na mnie tata, Malia, Dylan, Willy i Thomas. Spoglądałam na nich przez łzy, które kłębiły się w moich oczach. Zaczęły powoli skapywać na drewnianą podłogę. Następnie przyszły dreszcze z zimna.
- Uciekajcie zanim zrobię wam krzywdę.
- Nie zrobisz. Nie dopóki masz mehndi na rękach. Jesteśmy tu po to, aby ci pomóc. - powiedział tata.
Nagle poczułam jak coś wypala moją skórę. Upadłam na kolana z przeraźliwym krzykiem. Zauważyłam jak mehndi znika z moich ramion. Próbowałam przerwać ten ból w mojej głowie, lecz nie byłam w stanie. Był on zbyt silny.
Ustał dopiero po pięciu minutach.
- Cynthia, ty zamarzasz.
- Nie ... Nic mi nie jest. - odparłam. - Tato czy jest jakiś sposób, aby zabić własnego demona?
- Jest, lecz najpierw będziemy musieli dowiedzieć się kiedy go zbudziłaś.
- Jak?
- Dostaniemy się do twojego umysłu, jednakże będziemy mogli zrobić to tylko wtedy, gdy demon tobą zawładnie. Inaczej zwiódł by nas i oszukał.
Spojrzałam na swe ręce i zamyśliłam się. Nie chciałam narażać swoich bliskich na takie niebezpieczeństwo. Jednakże był to jedyny sposób, aby zabić to co we mnie siedzi, to co zmienia mnie w potwora.
- A co jeśli zabiję was? Nie dacie rady mnie powstrzymać, gdy nie będę sobą.
- Nie martw się tym. - uśmiechnął się do mnie tata delikatnie.
- Czyli muszę poddać się jak najszybciej?
- Nie. Postaraj się zwalczyć ból. Mehndi znikną w ciągu doby.
Po raz kolejny miałam odczuwać nienaturalnie silny ból. Jednakże tym razem musiałam udowodnić sama sobie, że on tak naprawdę nie istnieje. Problem w tym, że gdy go odczuwałam, moje wszelkie zmysły wariowały a ja nie byłam w stanie skupić swych myśli na czymś innym. Zatem w jaki sposób miałam sobie uzmysłowić, że to tylko moja psychika go wytwarza? Jak zwykle musiałam podołać niewykonalnemu zadaniu.
Spojrzałam na wszystkich z delikatnym uśmiechem na twarzy i weszłam po schodach do swojego pokoju. Usiadłam na miękkim dywanie i oparłam się plecami o łóżko. Światło gwiazd nikle rozjaśniało mój pokój.
Tuż po mnie wszedł Dylan i spoczął obok mnie. Jego serce wybijało spokojny rytm. Mimo to wyczułam, że był zaniepokojony.
- Jak to możliwe, że jesteś taki spokojny i opanowany podczas tego całego szaleństwa? - zapytałam zaciekawiona.
- Szaleństwa? Wilkołaki, łucznicy, banshee i inne stwory to dla mnie zupełnie normalne. Najbardziej normalne życie normalnego nastolatka. - uśmiechnął się do mnie.
- Uważasz, że to zabawne?
- Po tym jak próbowałaś mnie zabić podczas pełni to raczej tak.
Obydwoje się zaśmialiśmy. Nie sądziłam, że jeszcze jestem do tego zdolna. Dylan wyzwalał we mnie wszystko to co najlepsze. Byłam mu wdzięczna, że mimo wszystko nadal był przy mnie.
- Chciałbyś mieć taką swoją jedną jedyną, która każdego wieczoru świeciłaby tylko i wyłącznie dla ciebie?
- Słucham? - zapytałam zdekoncentrowana.
- Gwiazdę.
- Oh. Ja wolę słońce.
- Myślałem, że księżyc. Szczególnie podczas pełni.
Spojrzałam na niego z pewnym grymasem na twarzy. Niespodziewanie poczułam jak jego dłonie rozgrzewają moje. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, lecz mimo wszystko byłam zaskoczona. Jego dotyk uspokajał mnie.
- Są lodowate.
Patrzałam z ciekawością na rysy jego twarzy. Uśmiechnęłam się pod nosem. W tym samym momencie spojrzał na mnie jak na kogoś kogo zna od zawsze.
- Gdy demon mną zawładnie, uciekaj.
- Dlaczego?
- Nie chcę cię zabić.
- Nie zostawię cię samej. Nie gdy straciłaś matkę i zostałaś opętana.
Poczułam jak łzy zbierają się w moich oczach. Nagle ciepła dłoń Dylana znalazła się na mym policzku. Jego usta dotknęły moich a całe moje ciało przeszył przyjemny dreszcz. Chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie. Odczuwałam nagły przypływ spokoju. Byłam bezpieczna. Podczas pocałunku zapomniałam o wszystkim. Znowu byłam zwykłą nastolatką ze zwykłymi problemami. Aktualnie nic innego się nie liczyło oprócz nas dwojga wpatrzonych w siebie jak pod wpływem uroku.
- Uratujemy cię Cynthia. Spójrz! Jeszcze trochę i twoje mehndi dojdzie do łokcia.
Zszokowana szybko spojrzałam na swoje ręce.
- Dlaczego nie czułam bólu?
- Byłaś skupiona na pocałunku.
Uśmiechnęłam się delikatnie.
Mogę przejść tę dobę bez cierpienia, pomyślałam.
- Mam nadzieję, że ta doba będzie spokojna.
***
Całą noc przesiedziałam u Dylana w ramionach siedząc na dywanie. Nie odczuwałam żadnego zmęczenia. Natomiast moja bratnia dusza zasnęła bardzo szybko. Słuchałam bicia jego serca przez cały czas. Wiedziałam kiedy śni mu się koszmar. Ściskałam wtedy jego dłoń a on raptownie się uspokajał.
- Nie myślałam, że jeszcze będę szczęśliwa ... mamo. - wyszeptałam do wschodzącego słońca.
Jednak wciąż pamiętałam, że zostało mi zaledwie kilka godzin. Później będę czerpała przyjemność z cierpienia innych. Przyniosę chaos, który będzie mym ukojeniem, mym narkotykiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz