- Wiesz czy ta dziewczyna przeżyła?
- Nie. Nie miała na to ani jednej szansy. Dlaczego o nią pytasz?
- Gdy leżałam w szpitalu, przyśniła mi się mama i powiedziała, że muszę jej pomóc. Jednakże jak mam to zrobić skoro ona nie żyje? - spojrzałam na nią zakłopotana.
Muszę wrócić do starego domu, pomyślałam.
Następnie odwróciłam się w stronę szafy, wyjęłam świeże ubrania i poszłam do łazienki przebrać się ze szpitalnej piżamy.
***
Gdy wyszłam po kilku minutach, Aubrey stała przy oknie z zaciśniętymi pięściami. Nie chciałam przywoływać jej bolesnych wspomnień, jednakże musiałam uzyskać od niej potrzebne mi informacje.
Złapałam siwą bluzę leżącą na krześle i w pośpiechu założyłam ją na siebie.
- Pójdę tam razem z tobą. - powiedziała cicho.
- Nie musisz... - nie dokończyłam.
- Pomogę ci odnaleźć tą dziewczynę. - przerwała. - Lub jej zwłoki.
Nie protestowałam więcej. Jednakże widziałam, że cierpiała z powodu przeszłości, pomimo tego, że starała się to ukryć przed całym światem. Próbowała oszukać nawet samą siebie.
Nie mówiąc nic więcej obydwie ruszyłyśmy w wyznaczone miejsce.
***
- Stój. - zatrzymała mnie przed wejściem. - Ktoś jest w domu.
- Wilkołak. - powiedziałam po zaczerpnięciu głębokiego wdechu.
- Znam ten zapach, ale nie mogę sobie przypomnieć do kogo należał.
- Sprawdźmy. - powiedziawszy to weszłyśmy do środka.
Tajemnicza woń zaprowadziła nas do małego pokoju na górze, w którym stała wysoka brunetka z pluszowym misiem w ręce. A po jej policzkach delikatnie spływały łzy. Na jej widok Aubrey od razu wybiegła. Wystraszona dziewczyna odwróciła się w moją stronę.
- Kim jesteś?
- Emm, Cynthia. A ty?
- Madeline. - odpowiedziała niepewnie.
Przeżyła dzięki ugryzieniu Aubrey, pomyślałam.
- To ty pokonałaś Pierwszą, prawda?
- Tak... - zwiesiłam głowę na dół.
- Więc teraz jesteś alfą i możesz mi pomóc.
Spojrzałam na nią zdezorientowana.
- Naucz mnie kontroli, proszę.
- Nie potrafisz panować nad sobą?
- Nie... - odpowiedziała zawstydzona.
Nie mogłam w to uwierzyć. Była wilkołakiem od pięciu lat i nie potrafiła kontrolować przemiany.
- Więc ... ? - wyrwała mnie z rozmyślań.
- Pomogę ci, jednakże musisz mi całkowicie zaufać. W każdej sprawie. Poza tym wiedz, że nie jestem alfą.
Skinęła potwierdzająco głową.
- Gdzie mieszkasz?
- Ja ... Nie mam domu ...
- Dobrze, więc zamieszkasz u mnie. Jeszcze dzisiaj poznasz moich przyjaciół i moją rodzinę. Oni w również ci pomogą, a teraz chodźmy. - powiedziawszy to ruszyłam w stronę wyjścia po schodach.
Całą drogę przebyłyśmy w ciszy. A gdy weszłyśmy do domu, w salonie czekali na nas moi przyjaciele, tata z Harriet i Pierwsi, jednakże nadal brakowało jednej osoby. Aubrey.
- Kto to? - zapytała Malia.
- To jest Maddie. Potrzebuje naszej pomocy. - spojrzałam na zawstydzoną dziewczynę. - To jest Malia, Dylan, Thomas, Willy, Alice, mój tata Blaze i siostra Harriet. - wskazałam na każdego po kolei. - Ze wszystkim cię zapoznają. Ja tymczasem muszę coś załatwić. - po tych słowach poszłam do swojego pokoju.
Dostrzegłam tam Pierwszą siedzącą na dywanie z głową w dole. Wyczułam jej strach. Nie sądziłam iż tak bardzo obawia się spotkania z Maddie. Była tym przerażona.
- Nie patrz tak na mnie. - burknęła.
- Boisz się. I może potrafisz oszukać innych, że tak nie jest, ale nie mnie. Bardzo wyraźnie wyczuwam twoje wszelkie emocje. Nie wiem dlaczego tak jest i nie rozumiem tego. Jednakże teraz najważniejsze jest to, aby pomóc tej dziewczynie.
- Alfa ... - wyszeptała patrząc mi głęboko w oczy.
Patrzyłam na nią zdziwiona.
- Co?
- Nic. - odwróciła wzrok. - Masz rację. Zwołaj ją tutaj. Powinnam z nią porozmawiać.
Nie mówiąc nic więcej wyszłam z pokoju i zeszłam z powrotem do salonu. Zanim cokolwiek powiedziałam, przyjrzałam się zdezorientowanej Maddie i skupiłam na jej uczuciach. Nie była wystraszona. Wręcz przeciwnie. Była zdeterminowana. Oprócz tego ciążyło na niej ogromne poczucie winy, które wciąż rosło.
Jak wielu ludzi zabiłaś, pomyślałam.
- Madeline, pójdź teraz proszę do mojego pokoju na górze. Czeka tam na ciebie pewna osoba. Drzwi po lewej stronie.
Niepewnym krokiem weszła po schodach, a ja przyglądałam się jej zaniepokojona. Byłam wściekła, że musiałam jej przypomnieć okrutne wspomnienia, jednakże nie mogłam zataić istnienia Aubrey.
- Wszystko w porządku? - usłyszałam Thomasa.
- Tak. Tylko nie wiem czy nie popełniłam jakiegoś błędu... - odpowiedziałam zamyślona.
- Błędu? Cynthia, ty ciągle próbujesz komuś pomóc, uratować kogoś i nie zważasz przy tym na swoje życie! - krzyknął zdenerwowany.
- I właśnie o to chodzi Thomas! Za każdym razem, gdy próbuję komuś pomóc to wszyscy cierpią. Przeze mnie.
Nagle usłyszałam krzyk i płacz Maddie. Wszyscy spojrzeli na mnie wystraszeni. Thomas zerwał się na równe nogi z kanapy i chciał pobiec na górę, lecz zatrzymałam go.
- Co ty robisz?! Trzeba jej pomóc!
- Nic jej nie będzie Thomas. Nie ma potrzeby, żebyś tam szedł.
- A kim ty jesteś, żeby mówić mi co mam robić a czego nie?!
Zdenerwowana spojrzałam mu prosto w oczy i zaryczałam donośnym głosem. Wystraszony cofnął się do tyłu i skulił. Spoglądał na mnie niepewnie i po chwili się uspokoił.
- Zdominowałaś go. - powiedział zdumiony tata. - Teraz Thomas jest częścią twojego stada, a ty...
- Nie mów tego. - przerwałam mu. - Nie mów nic o alfie. Nigdy nią nie będę. Zabiłam Lizzie, zabiłam mamę i nie zasługuję na bycie przywódcą.
Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogłam stać się alfą. Nie chciałam tego. Powinna nim być osoba, która wie co robi. Tymczasem ja potykałam się przy każdym kroku. Nie potrafiłam nikomu pomóc a co dopiero przewodzić stadem. Nie byłam na to wystarczająco silna.
***
Po około godzinie do salonu zeszła Maddie wraz z Aubrey. Obydwie miały posępne miny i poczerwieniałe oczy od płaczu.
- Kiedy zaczniesz uczyć mnie samokontroli?
- Pokaż mi najpierw swoje prawdziwe oczy.
Spojrzała na mnie zdziwiona.
- Oczy wilkołaka. - wytłumaczyłam.
- Nie potrafię. - powiedziała zażenowana.
- Jak to możliwe? Jesteś wilkołakiem od kilku lat...
- I od kilku lat błąkam się sama po lasach. Nie potrafię nic zrobić.
Wtedy zrozumiałam dlaczego miałam jej pomóc. Była zagubiona. Nie panowała nad swoim życiem nawet w najmniejszym stopniu.
- Podejdź do mnie.
Zrobiła to niepewnie.
- Spójrz mi w oczy. Teraz skup się. Skoncentruj całą swoją złość, cały swój gniew i wypuść je na wierzch. Nie powstrzymuj swojej wilczej części. Pozwól jej zapanować nad twoim prawdziwym ja. - ukazałam jej swe oczy.
Maddie zamknęła swoje powieki, wzięła głęboki wdech i mocno zacisnęła pięści. Po krótkiej chwili otworzyła je i zauroczyła mnie pięknem swych oczu. Były one zielono-żółte. Jednakże był to złoty odcień, który przyciągał do siebie swym blaskiem.
- Udało się? Jakie są?
- Magnetyzujące... - odparłam. - Jesteś delikatna i niebezpieczna jednocześnie. Zieleń przeplatana złotą żółcią.
- Co to znaczy?
- Zielony mówi, że jesteś tajemnicza, łagodna i bardzo szybka, a złociście żółty o twojej przebiegłości, bezwzględności i perfekcyjności.
Nie mogłam powstrzymać swego zachwytu. Wpatrywałam się w nie przez dłuższy czas.
- To wszystko? Tyle mnie dzisiaj nauczysz?
- Nie. Jeszcze dużo przed tobą.
***
Przez resztę dnia uczyliśmy wszyscy Maddie zmieniać się w pół wilkołaka i podstaw o innych istotach. Zadziwiało mnie jak szybko wszystko pojmowała. Jednakże, aby nauczyć ją kontroli nad sobą, musiałam zaczekać do pełni, która miała się odbyć za trzy tygodnie.
- To był długi dzień. Powinniśmy odpocząć. - po tych słowach wyszła Malia razem z Pierwszymi.
Dostrzegłam jak Thomas przyglądał się Maddie z ciepłymi uśmiechem na twarzy. Nie trudno było się domyślić, że spodobała się mu.
- Dylan mógłbyś pomóc mi przygotować pokój dla Maddie? - szturchnęłam go lekko ręką.
- Pewnie.
Czym prędzej weszliśmy na górę i poszliśmy do pokoju gościnnego. Gdy tylko Dylan zamknął za sobą drzwi, od razu się do niego mocno przytuliłam, a on objął mnie czule swymi ramionami. Potrzebowałam tego. Wsłuchiwałam się w jego delikatnie wybijający rytm serce. Uśmiechałam się pod nosem napawając się ową chwilą.
- Mógłbyś zostać dzisiaj na noc? - spojrzałam mu w oczy.
- Jeśli tylko chcesz.
***
Dwadzieścia minut później do pokoju weszła Maddie.
- Cynthia, czy mogłybyśmy porozmawiać na osobności?
- To ja pójdę się odświeżyć. - powiedziawszy to Dylan wyszedł.
Spojrzałam uśmiechnięta na dziewczynę i zauważyłam smutek na jej twarzy. Była czymś bardzo zmartwiona. Dręczyło ją coś i nie dawało jej spokoju. Przeczuwałam co to było, lecz nic nie mówiłam.
- A co jeśli mnie nie da się już nauczyć samokontroli? Mogę zabić was wszystkich podczas pełni.
- Nie tak łatwo to zrobić.
- Cynthia, w przeciągu tych pięciu lat zabiłam wielu niewinnych ludzi. Nie chcę mieć również was na sumieniu. - łzy napłynęły jej do oczu. - Nie chcę już więcej nikogo zabijać.
- Nie zabijesz. Obiecuję. - mocno przytuliłam ją do siebie. - Odpocznij teraz. - powiedziawszy to wyszłam.
Zatrzymałam się i zamknęłam za sobą drzwi. Chciałam móc zabrać od niej całe cierpienie, jednakże wiedziałam, że ból znacznie ją wzmocni. Musiała tylko w odpowiedni sposób go wykorzystać.
Wieczór nastał bardzo szybko. Podczas gdy wszyscy domownicy już spali, ja leżałam w łóżku wtulona w Dylana. Napawałam się chwilowym spokojem. Nie mogłam uwierzyć iż jest on realny. Pragnęłam, aby trwał wiecznie.
Po krótkich rozważaniach, zasnęłam szczęśliwa z uśmiechem na twarzy.
***
Obudziłam się o godzinie piątej rano. Spojrzałam na okno, przez które delikatnie wpadały promienie słońca do pokoju. Muskały moją dłoń swym ciepłem. Pomimo wczesnej godziny nie odczuwałam zmęczenia.
Niespodziewanie usłyszałam przeraźliwy krzyk Maddie. Czym prędzej zerwałam się z łóżka i pobiegłam do niej do pokoju. Gdy tam wbiegłam, ujrzałam ją pogrążoną w śnie i szamoczącą się na łóżku. Szybko podeszłam i ujęłam dłońmi jej twarz.
- Ciii... Już dobrze. To był sen. Tylko sen.
Otworzyła swe przerażone oczy ciężko dysząc. Powoli zaczęła się uspokajać.
- Przepraszam ... - wyszeptała.
- Nie przepraszaj. Nie masz za co. Uspokój się, a potem spróbuj się jeszcze chwilkę przespać. - uśmiechnęłam się do niej.
Następnie wyszłam z pokoju ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Zmartwił mnie fakt, że koszmary Maddie przerażały ją na tyle, że krzyczała przez sen. Potrzebowałam porady taty jak to zniwelować. Nie mogłam pozwolić, aby wykończyły ją jej własne sny. Nie chciałam, aby przechodziła przez to samo co ja.
Po chwili ujrzałam zaspanego Dylana wychodzącego z mojego pokoju. Spojrzał na mnie ledwo przytomny i przetarł swe oczy.
- Wszystko w porządku? - zapytał ziewając.
- Już tak. - po tych słowach obydwoje wróciliśmy do pokoju i usiedliśmy na łóżku.
- Dlaczego odnoszę wrażenie, że cały czas coś cię trapi?
- Nie wiem czy zdołam pomóc Maddie i ta sprawa z alfą. Nie chcę nim zostać.
- Pamiętasz co mówiłem podczas twojej pierwszej pełni? Dasz radę. Tak jak wtedy, gdy chciałaś zabić mnie lub Aubrey albo wtedy, gdy odbierałaś ból od Harriet. Jesteś silna. - splótł nasze palce.
Jednakże pomimo ogromnego wsparcia Dylana, miałam pewne obawy. Zastanawiałam się czy kiedykolwiek stanę się takim potworem jak Lizzie. Przerażała mnie ta myśl.
- Cynthia! - usłyszałam krzyk taty.
Czym prędzej zbiegłam na dół i ujrzałam wysokiego chłopaka trzymającego go za gardło w powietrzu. Spojrzał na mnie z uśmiechem na twarzy. Jego oczy były całe przepełnione czernią. Wiedziałam do kogo te oczy należały. Yokai. Jednakże nie rozumiałam dlaczego był on w postaci człowieka. Jedyne yokai z jakimi się do tej pory spotkałam były niczym cienie.
- Jest i alfa. - powiedziawszy to rzucił mojego tatę w ścianę.
Jednym ruchem wyciągnęłam swe pazury i obnażyłam kły.
- Nie jestem alfą. - powiedziałam wściekła.
- Jeszcze nie. Nie przyszedłem tu, aby z tobą walczyć. Przyszedłem tu, aby zrobić z ciebie prawdziwego przywódcę. Zapewne już się domyśliłam, że jestem yokai. Natomiast nie takim, których widziałaś. Dlaczego? Otóż moją matką jest hanyou, czyli pół potwór, pół człowiek, który potrafi podporządkować sobie wszystkich. Często porównywana jest do lisów.
- Nie mam zamiaru być alfą. - zaryczałam.
- Jeszcze zachcesz. Tymczasem radzę ci poszukać siostry. O zmierzchu będzie już martwa i tylko ja wiem gdzie jest. - powiedziawszy to wyszedł, a ja od razu podbiegłam do taty.
- Nic mi nie jest. - pomogłam mu wstać. - Musisz znaleźć jego matkę. Ona jedyna może nad nim zapanować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz