poniedziałek, 2 listopada 2015

10.Odbicie.

Spokój trwał zaledwie nie całą dobę.
   - Co się stało? - usłyszałam wystraszoną Maddie.
Nie odpowiedziałam. Nie chciałam jej w to mieszać.
   - Znam go. To był Leo McQueen. Syn trenera. - oświadczył Dylan.
Miałam kamienną twarz. Za wszelką cenę starałam się ukryć strach, który wyżerał mnie od środka. Obawiałam się, że nie zdołam uratować Harriet, że ją zawiodę. Przerażała mnie myśl, że mogę stracić ją już na zawsze. Pomimo naszych licznych kłótni, byłam gotów oddać za nią życie. Byłam w stanie zrobić wszystko, aby tylko ją uratować. Ocalić siostrę, która miała całe życie przed sobą. Tymczasem ja wciągnęłam ją do świata, który zabija ją każdego dnia. Do świata, z którego już jej nie uwolnię.
   - Cynth, wiem co myślisz. Nie ochronisz Harriet przed całym światem. - zwrócił się do mnie Dylan.
   - Mogę przynajmniej spróbować.
   - Nie rób tego. Pozwól jej popełniać błędy. Pozwól jej odczuwać ból. Dzięki niemu będzie silniejsza.
   - Tylko, że ja tego nie chcę.
   - Cynthia, ty najlepiej wiesz ze wszystkich, że to właśnie cierpienie czyni nas ludźmi.
Nie zaprzeczałam. Wiedziałam, że ma on rację. Jednakże nadal martwiłam się o swoją jedyną siostrę.
   - Jeszcze zdąży się nacierpieć. Teraz muszę odwiedzić trenera. - westchnęłam. - Dylan, pojedziesz ze mną. Tato, ty i Maddie poinformujcie o tym resztę. I Maddie, wiem, że nie kontrolujesz się jeszcze w pełni, jednakże chciałabym, abyś pomogła reszcie w poszukiwaniach.
   - Nie wiem czy dam...
   - Dasz radę. - przerwałam jej. - Jestem tego pewna. - uśmiechnęłam się do niej.
Po tych słowach szybko pobiegłam na górę się przebrać. Założyłam czarną bluzkę z podwiniętymi rękawami, czerwoną koszulę w kratę, jeansowe rurki i czarne trampki. Niestarannie związałam włosy w kucyka i wybiegłam z domu z kluczykami od auta w ręku. Czym prędzej wsiadłam do samochodu wraz z Dylanem i ruszyłam w stronę domu trenera.
   - Skąd w ogóle wiesz gdzie mieszka trener?
   - Często rano widzę jak wychodzi z domu i idzie do pracy. Mieszka niedaleko szkoły. - odpowiedziałam skupiona na drodze.
Łzy powoli zaczęły napływać mi do oczu przez co droga stawała się coraz bardzie rozmazana. Próbowałam je powstrzymać, lecz na próżno.
Niespodziewanie poczułam przyjemnie ciepłą dłoń Dylana na swej dłoni. Spojrzałam na niego odruchowo przez załzawione oczy.
   - Znajdziemy ją. Obiecuję. - uśmiechnął się.
Odwzajemniłam go.
Resztę drogi spędziliśmy w ciszy. Jedyne czego pragnęłam do odnaleźć Harriet całą i zdrową. Starałam się uspokoić powtarzając sobie w myślach, że wszystko będzie w porządku. Jeśli chciałam ją uratować musiałam myśleć trzeźwo.

***
Gdy dotarliśmy na miejsce, wybiegłam z auta jak poparzona i szybko pobiegłam do drzwi. Waliłam w nie pięściami aż w końcu otworzyła je młoda, zaspana kobieta.
   - Czy pani jest matką Leo?
   - Tak. Coś się stało? - zapytała zdziwiona.
   - Potrzebuję pani pomocy. - pokazałam jej swoje prawdziwe oczy.
Nagle wyraz twarzy pani McQueen zmienił się na poważny.
   - Wejdźcie do środka. Szybko.
Dom był bardzo zmodernizowany. Przeważały w nim białe i szare barwy w różnych odcieniach. 
   - O co chodzi?
   - Leo porwał moją siostrę. Powiedział, że zrobi ze mnie prawdziwego przywódcę, alfę, lecz ja nią nie jestem. Jeśli do zmierzchu nie podejmę decyzji, zabije moją siostrę. Podobno jedynie pani może go poskromić.
   - Niestety już nie. Natomiast mogę ci powiedzieć gdzie znajduje się twoja siostra.
Nagle jej oczy zrobiły się całe białe, a ona była wpatrzona przed siebie zupełnie jakby znajdowała się w zupełnie innym miejscu. Patrzyłam na nią zaciekawiona. Starałam się zrozumieć co robi, lecz na próżno.
Chwilę później z jej nosa powoli zaczęła wyciekać krew.
   - Pani McQueen? - zapytałam niepewnie, lecz nie uzyskałam odpowiedzi.
Po kilku minutach jej oczy z powrotem przybrały łagodny, miodowy kolor. Szybkim ruchem wytarła krew i spojrzała na mnie.
   - Twoja siostra jest w szpitalnej piwnicy przywiązana pasami do łóżka. Radzę wam się pospieszyć.
Zamknęłam swe oczy i zaczęłam wsłuchiwać się w otoczenie. Próbowałam wychwycić głos Harriet lub bicie jej serca. 
Dopiero po dłuższym czasie usłyszałam jej przeraźliwy krzyk i poczułam to samo co ona. Ogromny ból rozrywający mnie od środka od razu powalił mnie na ziemię. Krzyczałam tak głośno jak tylko byłam w stanie. Nie mogłam znieść cierpienia, które po chwili zniknęło. Roztrzęsiona spojrzałam na Dylana wpatrzonego we mnie ze strachem w oczach.
   - On ją torturuje. Poczułam to.
Wściekła podniosłam się z ziemi i przemieniłam w wilkołaka. Wybiegłam z domu i z ogromną prędkością zmierzałam w stronę szpitala. Nie przejmowałam się ujawnieniem szokującej prawdy o istnieniu istot z legend. W głowie tkwiła mi tylko jedna myśl, aby jak najszybciej uratować Harriet.
   - Cynthia, jeśli mnie słyszysz, opanuj się. Powróć do postaci człowieka. - usłyszałam łagodny głos swego chłopaka, lecz nie posłuchałam go.
Dostrzegłam wtedy iż znalazłam się już na miejscu. Niewiele myśląc wbiegłam do środka i skierowałam się do schodów prowadzących do piwnicy. Rozejrzałam się zdezorientowana po korytarzach biegnących w przeciwnych kierunkach. Wzięłam głęboki wdech, aby wyczuć zapach siostry. Jedyne co poczułam to jej strach. Była przerażona. Nie tracąc cennego czasu pobiegłam w prawą stronę. Następnie ostrożnie weszłam do ciemnego pomieszczenia. Wtedy włączyły się lampy, które natychmiastowo mnie oślepiły. Pokręciłam głową i mocno zacisnęłam swe powieki, próbując odzyskać wzrok. 
   - Cynthia, uciekaj!
Gdy po kilku minutach spojrzałam przed siebie, byłam w stanie dojrzeć wszystko. Tak jak mówiła matka Leo, Harriet leżała przywiązana do łóżka szpitalnego. Na jej ciele nie było żadnej rany czy zadrapania. Nie rozumiałam więc dlaczego odczuwała tak silny ból.
   - Myślałem, że trochę szybciej nas znajdziesz. - ujrzałam uśmiechniętego Leo. 
Warknęłam pod nosem i postawiłam łapę do przodu.
   - Ojj, nie radzę ci się zbliżać. Wykonasz jeszcze jeden ruch, a zabiję twoją słodką siostrzyczkę. Jako yokai potrafię sprawiać ból za pomocą umysłu. Czyż to nie wspaniałe? - zaśmiał się. - Jednakże nie przedłużając, chcę, abyś się poddała. Mi oczywiście.
   - Cyntthia, nie rób tego! - wrzasnęła Harriet.
Nie miałam wyboru. Byłam na przegranej pozycji. Próbowałam wymyślić sposób na pokonanie jego, lecz na marne. Miał on nade mną przewagę. Spuściłam więc głowę na dół na znak zgody.
   - Mądry wybór. - uśmiechnął się dumny ze swego zwycięstwa.
Podszedł do Harriet i rozpiął jej pasy. Wskazał na mnie palcem, abym podeszła. Zrobiłam to spoglądając na wstającą z łóżka siostrę. Wyczerpana upadła na ziemię. Leo nie przestawał sprawiać jej bólu. Bałam się wykonać jakikolwiek ruch, jednakże nie mogłam znieść widoku cierpiącej siostry, więc rzuciłam się na niego i przygniotłam łapą jego szyję. Był zaledwie krok od śmierci. 
   - Nie krzywdź go! Cynthia, posłuchaj mnie! Możemy mu pomóc. Ocalić kolejną osobę. Przecież o to w tym wszystkim chodzi, prawda? O wskazanie odpowiedniej drogi, gdy się zgubimy. I wiem, że czasem trudno jest odróżnić to co jest dobre od tego co jest złe. Jednakże czasem najlepsze co możemy zrobić to podążać za swoim sercem i mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze.
Spojrzałam niepewnie na chłopaka. Przekonana zaryczałam i uderzyłam go w głowę, po czym stracił przytomność.
   - Co ty robisz?! - łzy cisnęły się jej do oczu. - Jak mogłaś go zabić?! - krzyczała.
Nagle do pomieszczenia wbiegł zdyszany Dylan. Patrzył na mnie próbując poukładać w głowie przebieg wydarzeń. Warknęłam cicho wskazując pyskiem na Leo. Na mój znak podszedł od razu do niego i sprawdził czy nadal żyje.
   - Spokojnie Harriet. Tylko zemdlał. Zabierzemy go do waszego domu.
Czym prędzej pobiegłam do domu. Tam powróciłam od postaci człowieka i założyłam na siebie nowe ubrania. Gdy chwilę po mnie dotarli Dylan z Harriet, przykuliśmy go w piwnicy łańcuchami do ściany. Tata opatrzył jego zadrapania po mych pazurach na szyi, a Malia dzięki swej aurze stworzyła wokół niego barierę, aby nie był w stanie nikogo skrzywdzić po przebudzeniu. Jednakże mimo to, nadal przy nim czuwałam. Starałam się zrozumieć co takiego dobrego dostrzegła w nim Harriet. Nie pojmowałam jej zachowania. Gdyby ktoś inny próbował ją zabić, przy pierwszej okazji zemściłaby się na nim z uśmiechem na twarzy. Co takiego wyjątkowego miał w sobie ten chłopak? Czyżby potrafił władać umysłem mojej siostry, nawet gdy jest nieprzytomny? Nie... Nie posiada on aż tak wielkiej mocy. Wyczułabym to. 

***
Po kilku godzinach, gdy słońce już zachodziło, Leo się obudził. Najpierw rozejrzał się po piwnicy, a następnie spojrzał na łańcuchy wiążące go. 
   - Naprawdę myślisz, że zwykłe łańcuchy powstrzymają mnie? 
   - Możesz próbować sprawić mi ból, lecz te pole siłowe wokół ciebie wchłonie całą twoją moc. Nie myśl, że jestem kimś dobrym. To, że nadal żyjesz zawdzięczasz mojej siostrze. To ona chce ci pomóc. Nie wiedzieć czemu, widzi w tobie coś dobrego.
   - Masz niezwykle naiwną siostrę.
   - Myślisz, że jesteś potężny, prawda? Cóż, dla mnie nie jesteś żadnym zagrożeniem. Stawiłam czoła o wiele silniejszym demonom od ciebie. Żaden z ciebie demon. - powiedziawszy to odeszłam do salonu.
Usiadłam na kanapie skupiając całą swoją uwagę na słuchaniu Leo. Chwilę po mnie zeszła do niego Harriet. Gdy stanęła przed nim, jej serce zabiło szybciej. Opuszkami palców delikatnie uderzała o swoje udo. 
   - Nie musisz być taki. Nie musisz udawać, że jesteś potworem. Możemy ci pomóc. Tylko zaufaj mi. - powiedziała łagodnie. - Wiem, że cierpisz.
Cierpi? Co moja siostra miała na myśli mówiąc, że wie, że Leo cierpi? Czego mi jeszcze nie powiedziała? Kolejna tajemnica, którą musiałam odkryć. 
   - Dziękuję, że wciąż we mnie wierzysz. - odpowiedział załamanym głosem.
Nie zwlekając więcej zeszłam zdenerwowana na dół.
   - Harriet, zostaw nas samych.
   - Czemu? Co się stało? - spojrzała na mnie zdezorientowana.
   - Idź już! - krzyknęłam.
Wchodząc po schodach spojrzała na chłopaka jakby chciała mu powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Doskonale znałam ten wzrok. W taki sam sposób patrzyłam na Dylana. Martwiła się czy skrzywdzę Leo. Zależało jej na nim. 
   - Zmieniłaś zdanie co do pozostawienia mnie przy życiu? 
   - Nie. Przyszłam porozmawiać.
   - O czym niby miałbym z tobą rozmawiać? - zaśmiał się drwiąco.
   - O jakim cierpieniu mówiła Harriet? Jaką tajemnicę skrywasz?
Zwiesił wzrok na dół i przegryzł dolną wargę. Wiedział, że nie odpuszczę.
   - Wiesz, nie tak łatwo jest mieć za matkę hanyou. Ja swojej zawsze próbowałem zaimponować. Sprawić, aby była ze mnie dumna. Jednakże ona zawsze wysoko stawiała poprzeczkę i niezależnie od tego jak bardzo się starałem, nie potrafiłem sprostać jej oczekiwaniom. Każdego dnia powtarzała mi, że jestem zbyt słaby. I nigdy w niczym mi nie pomagała. Nawet, gdy napadło na mnie trzech chłopaków. Ona wtedy po prostu stała i patrzyła jak mnie biją. Myślałem, że przynajmniej teraz mi się uda, ale jak zwykle zawiodłem. - po policzkach spłynęło mu kilka łez. - Pewnie myślisz tak samo jak ona. 
   - Kiedyś mama powiedziała mi, że ludzie płaczą nie dlatego, że są słabi, lecz dlatego, że byli silni zbyt długo. 
Chciałam mu pomóc, lecz nie wiedziałam jak. Leo nie był do mnie pozytywnie nastawiony tak samo jak ja do niego. Jedyną osobą, której słuchał była Harriet. Tylko ona mogła go uratować. Tym razem to ona musiała się tego podjąć. 
   - Zaskakująco dobrze radzisz sobie ze stratą najbliższych. Mama, najlepsza przyjaciółka... - spojrzałam na niego pytająco.
Nie rozumiałam o czym mówił. Malia wciąż żyła. Wsłuchałam się w rytm bicia jej serca dla pewności, po czym się uspokoiłam.
   - Nie mówię o Malii, lecz o Vicky. Kiedyś byłyście przyjaciółkami.
Spuściłam wzrok na dół. 
   - To było kiedyś. I nie wiesz jak się czułam po śmierci mamy. A co do Vicky, nie obchodzi mnie utrata ludzi, którzy nie chcą być dłużej w moim życiu. Straciłam kogoś kto był dla mnie całym światem i wciąż trzymam się dobrze, więc żadne twoje słowa nie są w stanie mnie zranić. - powiedziawszy to wyszłam. - Nie wypuszczajcie go. Harriet, ja nie jestem w stanie mu pomóc. Jedyną osobą, która może to zrobić jesteś ty. - po tych słowach poszłam do swojego pokoju.
Zmęczona po całym dniu położyłam się na łóżku i obróciłam głowę w stronę okna. Uśmiechnęłam się widząc jak gwiazdy tańczą na granatowym niebie. Widziałam w nich radosną mamę.
   - Dobranoc mamo. - powiedziawszy to poszłam do łazienki się umyć. 

***
Gdy wróciłam do swojego pokoju odświeżona, ujrzałam Maddie siedzącą na łóżku.
   - Przepraszam, że nie miałam dzisiaj dla ciebie czasu. - westchnęłam.
   - Rozumiem. Chciałam ci tylko podziękować za wszystko. Dzięki tobie i twoim bliskim czuję się jakbym znów miała rodzinę. - uśmiechnęła się czule.
   - Teraz jesteś częścią naszej rodziny i już na zawsze nią będziesz. - odwzajemniłam uśmiech.
Nie mówiąc nic więcej, wyszła.
Zakłopotana z powrotem położyłam się na łóżku i przykryłam kołdrą. Zaczęłam zastanawiać się co dalej. Musiałam zdecydować co zrobić z Leo i jednocześnie musiałam jak najlepiej przygotować Maddie do pełni. Na dodatek zaczęto określać mnie mianem alfy. Im bardziej o tym wszystkim rozmyślałam, tym w większy obłęd popadałam. Jednakże mimo wszystko musiałam pozostać silna. Nie mogłam zawieść moich bliskich.
Po tych krótkich rozważaniach, zasnęłam. 

***
Do godziny 6.30 rano spałam jak zabita. Jednakże niewdzięczny budzik wyrwał mnie z błogiego stanu odpoczynku. Oprócz bycia wilkołakiem nadal byłam nastolatką, która musiała chodzić do szkoły i uczyć się. Musiałam wciąż wieść zwykłe życie. Ludzkie życie pozbawione całego nadnaturalnego świata.
Przeciągając się, wstałam z łóżka. Szybko się umyłam, ubrałam i wyszłam z pokoju sprawdzić czy Madeline i Harriet są gotowe. Ku mojemu zdziwieniu w całym domu panowała idealna cisza. Zaciekawiona tym otworzyłam drzwi do pokoju siostry , lecz jej tam nie było.
   - Maddie! - krzyknęłam.
Wyszła po chwili zaspana i spojrzała na mnie przecierając oczy.
   - Co się stało?
   - Dlaczego jesteś jeszcze w piżamie? - spojrzałam na nią zdziwiona.
   - Spałam ... 
   - Ubierz się i zejdź na dół. Dzisiaj twój pierwszy dzień szkoły. - powiedziawszy to zeszłam na dół do piwnicy.
Tak jak się tego spodziewałam, ujrzałam tam Harriet śpiącą w starym fotelu taty. Domyśliłam się, że spędziła tu całą noc, co tylko bardziej mnie zdenerwowało. Możliwe, że darzyła Leo pewnym uczuciem, lecz on chciał ją zabić. Wściekła stanęłam naprzeciwko niej i zaryczałam swym donośnym głosem. Zaskoczona poderwała się z fotela.
   - Co ty tu do cholery robisz?! - zapytałam stanowczo.
   - Musiałam przysnąć.
   - Zbieraj się. Jedziemy do szkoły. - odwróciłam się w stronę schodów.
   - A co z Leo? Nie możemy go tak tu zostawić.
   - Malia zaraz przyjdzie i się nim zajmie. 
   - Ale Cynthia ... - westchnęła.
   - Żadnego "ale" Harriet. - przerwałam jej. - Zgodziłam się, żeby mu pomóc, ale nie będę go traktowała jak kogoś wyjątkowego. Poradzi sobie. W końcu jest demonem. 
Po tych słowach wróciłam do salonu, w którym zastałam Alice siedzącą na kanapie i czytającą gazetę. 
   - Co ty tu robisz?
   - Czytam gazetę.
   - Alice ...
   - Willy poprosił mnie, abym wspomogła Malię. - burknęła. 
Nie odpowiedziałam. Patrząc na nią miałam wyrzuty sumienia, że prawie ją zabiłam. 
   - Nie przeprosiłam cię jeszcze za to co ci zrobiłam.
   - Nie chcę twoich przeprosin. Nie potrzebuję ich. - oderwała się od czytania i spojrzała na mnie. - Nie lubię cię i przy pierwszej lepszej okazji zabiłabym cię. Nie zrobiłam tego jeszcze ze względu na mojego brata. Uważa cię za przyjaciółkę nie wiedzieć czemu. Dlatego od razu ci mówię, że wszelkie próby bycia dla mnie miłą skończą się porażką. - uśmiechnęła się pod nosem i powróciła do czytania czasopisma.
Zaskoczona wzięłam swoje rzeczy i poszłam do samochodu. Siedziałam w nim w ciszy czekając na Maddie i Harriet, które przyszły po około piętnastu minutach. 
   - O co chodzi z tą szkołą? - zapytała Maddie w połowie drogi.
   - Nie chcę porzucać mojego dawnego życia. Poza tym chcę ukończyć tą szkołę.
Przez resztę drogi żadna z nas nie odezwała się.
   - Harriet, mogłabyś zaprowadzić Maddie do dyrektora? Czeka na nią. - zapytałam po dotarciu na miejsce.
   - Tak, pewnie.
   - Dzięki. - wzięłam plecak i odeszłam.
Idąc korytarzem do swej szafki widziałam na wszystkich twarzach uśmiechy. Każdy był szczęśliwy z jednakowych powodów. Nadchodząca wymarzona randka, zdany egzamin, impreza roku. Gdyby tylko wiedzieli jakie potwory żyją wśród nich.
   - Cynthia, słyszysz mnie? - z rozmyśleń wyrwał mnie głos Thomasa. 
   - Przepraszam, zamyśliłam się. Co mówiłeś?
   - Pytałem się czy Maddie jest w szkole.
   - Tak, jest.
Jak tylko to powiedziałam, oczy Thomasa od razu zabłysnęły z radości, a na jego twarzy malował się szeroki uśmiech.
   - Podoba ci się, prawda?
   - Co? - spojrzał na mnie zaskoczony.
   - Im większe są twoje uczucia do Maddie tym bardziej jest to dla mnie wyczuwalne. Uważaj na to co robisz Thomas. Ona jest delikatna. Łatwo można ją złamać. Pamiętaj, że jeśli ją skrzywdzisz, ja skrzywdzę ciebie w o wiele bardziej brutalny sposób.
Nie oczekując odpowiedzi odeszłam.
Gdy weszłam do klasy, rozejrzałam się w poszukiwaniu wolnej ławki. Niestety jedyne wolne miejsce znajdowało się przed Vicky. Chciałam wyjść, lecz tuż za mną do sali weszła pani Witch, więc z zaciśniętymi pięściami usiadłam w ławce.
   - Znam twoją tajemnicę Affleck. - wyszeptała Vicky za moimi plecami. - Chciałabym zobaczyć jak wyjesz podczas pełni do swojego ukochanego księżyca w postaci wilkołaka.
Na te słowa serce zabiło mi mocniej. Skąd ona to wiedziała? Skąd wiedziała, że jestem wilkołakiem? Kim więc tak naprawdę jest Vicky Ross?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz