środa, 7 października 2015

2.Początek.


   - Malia, ja nie mogę zostać wilkołakiem! Ja nie chcę tego! Proszę cię, pomóż mi się tego pozbyć. - szlochałam.
   - Cynthia, ty już nim jesteś i nie da się tego pozbyć ani cofnąć. Zostaniesz taka do końca życia. Musisz się z tym pogodzić. Przykro mi.
Pogodzić. Jak mam się pogodzić z faktem, że jestem potworem? Nie potrafię. Po prostu nie mogę. 
Nie wiedziałam co odpowiedzieć Malii, więc tylko spoglądałam jej głęboko w oczy. Czekałam aż powie, że to wszystko to jedynie głupi żart. Jednak tak się nie stało, a ja przestałam być przerażona. Strach przerodził się w gniew, nad którym traciłam panowanie. 
   - Spokojnie Cynthia. Uspokój się. Musisz jedynie nauczyć się kontroli nad sobą. Jutro przejdziesz pełną przemianę podczas pełni. Musisz wiedzieć, że zawładnie tobą żądza mordu i śmierć niewinnych osób będzie przynosiła ci ukojenie. Zabijesz każdego kogo wyczujesz lub zobaczysz. Nawet swoją rodzinę. Dlatego przenocujesz u mnie.
   - A co jeśli zabiję ciebie?
   - Nie zabijesz. Uwierz mi.
Czułam się jak postać z jakiegoś badziewnego horroru. Tylko, że nie chciałam grać w tym filmie. Pragnęłam uciec od tego miejsca jak najdalej. Uciec od samej siebie. Lecz musiałam zmierzyć się z brutalną rzeczywistością. Musiałam stawić jej czoła chociaż nie wiedziałam jak mam to zrobić. Nie jestem odważną osobą a raczej strachliwą. I teraz to ja miałam stać się potworem, którego wszyscy się boją. Czy chcę czy nie zmierzę się z tym. Ukryję tę bestię w sobie tak głęboko jak tylko będę w stanie i nikt się o tym nie dowie. Nikt przeze mnie nie ucierpi. Jest to najtrudniejsze zadanie jakiego kiedykolwiek się podjęłam. Nie wiem czy podołam, ale na pewno nie poddam się bez walki. Nie bez najmniejszego wysiłku.
   - Czy będzie się coś jeszcze ze mną dzisiaj działo?
   - Nie, jeśli nie będziesz się denerwować.
   - Dziękuję za pomoc. - powiedziałam zawiedziona.
   - Nawet nie zapytasz skąd to wszystko wiem i czy też jestem wilkołakiem? - zapytała zdziwiona.
   - Nie chcę tego wiedzieć. Za dużo jak na jeden raz. - powiedziawszy to odwróciłam się i odeszłam.
Przed wejściem do parku ujrzałam swój samochód. Wsiadłam do niego i odjechałam, lecz nie do domu. 
Co jeśli pokłócę się z Harriet? Co jeśli zabiję swoją rodzinę? Nie mogę do tego dopuścić. Będę musiała unikać ich tak bardzo jak tylko będę mogła. Natomiast z drugiej strony chcę być jak najbliżej ich. Teraz to niestety niemożliwe i może nigdy to nie będzie możliwe. Przynajmniej będą bezpieczni. To jest najważniejsze.
Krążyłam po okolicy rozmyślając w jaki najlepszy sposób mogę uchronić ich przed sobą. Odpowiedź była prosta. Musiałam opuścić ich i to jak najszybciej. 
W końcu pojechałam do domu. Zmieniłam swój wyraz twarzy na obojętny dla lepszego efektu. Weszłam do środka jak gdyby nigdy nic. Zdjęłam buty i szybko się zorientowałam, że coś się stało. Kątem oka dostrzegłam w salonie prawdopodobnie czekającą na mnie obcą kobietę.
   - Kochanie, proszę, przyjdź do salonu. - zawołała mnie mama.
Zaciekawiona młodą brunetką spełniłam ową prośbę. Poruszałam się wolno, ostrożnie.
   - Usiądź proszę. Wczoraj stało się coś o czym nie chcesz nikomu nic powiedzieć. Pomyślałam więc, że może potrzebujesz czyjejś pomocy. Pomocy psychologa. To jest pani Sylvia Minth i chciałabym, abyś chociaż z nią porozmawiała.
   - Dobrze.
   - Cóż, zostawię was w takim razie same. - uśmiechnęła się do mnie ciepło i wyszła.
Dokładnie przyglądałam się pani psycholog. Byłam nią zaintrygowana. Od razu wyczułam, że coś ukrywa. Coś strasznego. Jej oczy zdradzały wszystko. Była bardzo pewna siebie. Uważała, że wszystko jej powiem. Była w błędzie.
   - Co ukrywasz Cynthia? Czego tak bardzo nie chcesz wyjawić?
   - Dlaczego pani uważa, że cokolwiek pani powiem?
   - Mówi się, że oczy są kluczem duszy.
   - Pani dusza zdradziła mi już wystarczająco dużo. - powiedziawszy to odeszłam do swojego pokoju.
Coś jest z nią nie tak. Muszę się dowiedzieć co.
Miałam silne przeczucie, że pani psycholog dokładnie wiedziała kim a raczej czym jestem. Tylko skąd ona mogła to wiedzieć? Niemożliwe, żeby wiedziała. Chyba, że to ona mnie ugryzła. To ona jest tą bestią. 
Czym prędzej sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do Malii.
   - Co jest?
   - Malia, wilkołak, który mnie ugryzł jest u mnie w domu. To jest psycholog Sylvia Minth. Co mam zrobić?
   - Cynthia, ona nie jest wilkołakiem. Ona jest łucznikiem. Uciekaj stamtąd! 
Łucznikiem? Co to w ogóle oznacza? Cóż, na pewno nic dobrego. 
Po rozłączeniu, schowałam z powrotem telefon do kieszeni. Szybko spakowałam swoje rzeczy do dużej, sportowej torby i zbiegłam z nią na dół. Założyłam buty i spojrzałam ze smutkiem na mamę.
   - Mamo, wrócę za kilka dni. Będę u Malii.Nie martw się. Nic mi nie będzie. Pa.
Spojrzałam na nią po raz ostatni i wybiegłam. Wsiadłam do samochodu i odjechałam. Chciałabym móc wszystko jej wyjaśnić. Powiedzieć jak się czuję i po prostu przytulić się do niej. Usłyszeć, że mnie kocha. Poczuć jej ciepły oddech na mojej szyi. Zasnąć w jej ramionach jak dawniej. Tymczasem ja tylko dodaję jej zmartwień, lecz nie mam wyboru. Muszę uciec, jeśli chcę żyć.
W ciągu pół godziny znalazłam się pod domem Malii, która czekała już na mnie przed drzwiami. Słyszałam jak szybko bije jej serce. Była zdenerwowana jak nigdy. Nie rozumiałam tego. Nie zależnie od sytuacji to właśnie ona zawsze była twarda i nieugięta. Pomimo wszystko była uśmiechnięta a teraz ... Teraz każdy jej ruch, każdy jej gest zdradzał jak bardzo jest zdenerwowana. Jej oczy z ogromną dokładnością przeczesywały okolicę. Obgryzała swe usta aż do krwi. Tym razem to ja musiałam ją uspokoić. Wzięłam więc swoją torbę, wysiadłam z auta i podeszłam do niej. Spojrzałam na nią i przytuliłam ją. Wiedziałam, że właśnie tego potrzebuje. Nie myliłam się. Jej serca z powrotem wybijało spokojny rytm.
   - Dziękuję.
   - Mogę zostać u ciebie kilka dni?
   - Nawet powinnaś. Chodź, wszystko ci opowiem u mnie w pokoju.
Pokój Malii był typowo dziewczęcy. Pudrowo różowe ściany doskonale komponowały się z białymi niczym płatki śniegu meblami. Całe pomieszczenie było pokryte różanym wzorem. Wszystko idealnie do siebie pasowało. Każdy detal, nawet najmniejszy. 
   - Malia, kim są łucznicy?
   - Otóż łucznicy są to ludzie, którzy polują na wilkołaki i inne istoty. Dlatego kazałam ci uciekać z domu. Nie wiem jak ona się dowiedziała o tobie, ale musisz teraz za wszelką cenę unikać jej. Jeśli zobaczy cię przemienioną to zabije cię bez wahania. Poza tym powinnaś dowiedzieć się czym ja jestem. Cóż, zdecydowanie nie wilkołakiem, lecz również nie w pełni człowiekiem. Mianowicie jestem zenko, czyli lisem. Jednakże ja nie przemieniam się jak ty. Ja pozostaję w ludzkiej postaci chociaż moje oczy świecą się tak samo jak twoje. Zenko oznaczają dobre lisy. Więc jak już się domyślasz, istnieją również te złe lisy, czyli yako. A powracając do ciebie, to każdy wilkołak posiada swojego druida, czyli kogoś kto zawsze ci pomoże. Są to też w pewnym sensie mędrcy. Znajdziesz swojego z czasem.
   - Co może mnie zabić? - zapytałam twardo.
   - Srebro, lecz musi ono płynąć w twoich żyłach.
Spojrzałam na nią ze smutkiem. Rozumiała mnie, lecz nie mogła mi pomóc. Nie mogła mnie uratować.
   - Jestem ciekawa jaki kolor oczu będziesz miała.
   - Kolor oczu?
   - Tak. Oczy wilkołaka są odzwierciedleniem jego duszy. Właściwie to lisów również. Ich kolor wszystko zdradzi.
   - Chyba powinnam odpocząć. Gdzie mogłabym się położyć? - westchnęłam.
   - Tu, na moim łóżku. - wskazała palcem. - Ja będę na dole, gdybyś czegoś potrzebowała. - powiedziawszy to wyszła.
Więc tak teraz będzie wyglądało całe moje życie? Wieczna ucieczka przed łucznikami. Nie chcę takiego życia. Chcę odzyskać moje stare, monotonne życie. Bez wilkołaków, łuczników i lisów. Bez tego całego zamieszania, które nadal do mnie nie dociera. Nie potrafię tego wszystkiego przyjąć do siebie. Tego, że jestem wilkołakiem. Męczy mnie ciągła nie wiadoma. Chciałabym móc sobie odpuścić, jednakże muszę walczyć, aby nie pozabijać wszystkich wokół. Powinnam również zaakceptować to kim teraz jestem chociaż nawet na to nie mogę dać sobie czasu.
Rozmyślałam tak na łóżku trzydzieści minut, po czym szybko zasnęłam. 
Spałam z uśmiechem na twarzy, gdyż sen był mą ucieczką od rzeczywistości. Śniłam o moim pięknym słońcu, które znów podziwiałam przez okno w moim pokoju. W tym momencie nic innego się nie liczyło. Byłam tylko ja i ono. A gdy było już wysoko na niebie, zaczęłam się przebudzać. Pożegnałam się z nim mając nadzieję, że szybko do niego wrócę. 
Otworzyłam powoli oczy i ujrzałam Malię pakującą książki do torby. Podniosłam się zdezorientowana.
   - Długo spałam? - zapytałam przecierając oczy.
   - Trochę. Chcesz zostać w domu czy iść ze mną do szkoły?
Rozszerzyłam oczy ze zdziwienia. Nie sądziłam, że przespałam połowę dnia i całą noc.
   - Pójdę razem z tobą.
Szybko się zebrałam i pojechałyśmy do szkoły. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać dzisiaj po sobie. Liczyłam tylko na to, że nikomu nie zrobię krzywdy.
   - Cynthia, postaraj się dzisiaj nie denerwować.
Nie denerwować. Ciągle to powtarzałam sobie w głowie. Na moje nieszczęście pierwszą lekcją był w-f , który zwykle przebiegał na zaciętych rywalizacjach dziewcząt.
Weszłam w pośpiechu do szatni i wrzuciłam swoje rzeczy do szafki.
   - Dziewczyny, dzisiaj pobiegacie sobie po boisku. I żadnych wymówek. Za pięć minut widzę was gotowe na miejscu. - zakomunikował trener Lucas McQueen.
Ucieszyłam się z powodu biegania. Był to czas, podczas którego mogłam się odstresować.
Na trybunach jak zwykle siedziało kilka osób, lecz tylko dwie przykuły moją uwagę. 
Po co Dylan i Willy tu przyszli?
   - Dalej, biegamy! - krzyknął do nas trener.
Dopiero po dziesięciu sekundach oderwałam wzrok od trybun i dołączyłam do reszty grupy, która już biegała. Skoncentrowałam się na tym, aby nie robić tego za szybko, lecz marnie mi to wychodziło. Byłam z siebie zadowolona, że do tej pory potrafię utrzymać wszystkie swoje emocje w ryzach. Im bardziej się cieszyłam tym szybciej biegłam aż w końcu wyszłam na prowadzenie. Nie spodobało się to Vicky, które we wszystkim ze mną rywalizowała. Nie znosiłam jej. Wiedziałam, że jakoś zareaguje na moją przewagę.
Słyszałam jej szybko bijące serce. Słyszałam jak zbliża się do mnie a przynajmniej próbuje. Nie chciałam, żeby mnie dogoniła, lecz nie mogłam również zacząć biec nienaturalnie szybko. Musiałam więc utrzymać aktualne tempo. 
Nagle poczułam jej chłodny oddech na swoich plecach a po chwili leżałam już na ziemi. Podstawiła mi nogę, abym się przewróciła. Typowe zagranie Vicky. Byłam opanowana dopóty dopóki nie usłyszałam szyderczego śmiechu dziewcząt. Dając się ponieść emocjom, podniosłam się i pędem pobiegłam do sprawczyni mego upokorzenia. Z ogromną siłą popchnęłam ją, po czym uderzyłam ją pięścią w twarz.
   - Lepiej zostaw mnie w spokoju. - powiedziałam patrząc w jej oczy z pogardą.
Widziałam jak krew tryska jej z nosa, a ona sama wije się z bólu na ziemi. Poczułam ulgę choć powinnam być przerażona, że byłam zdolna do zrobienia czegoś tak okrutnego. Oczy wszystkich były skierowane na mnie. Oczy przepełnione strachem i zdumnieniem. Vicky również była zdziwiona moją postawą. Nigdy wcześniej nie śmiałam oddać jej za wyrządzoną mi przez nią krzywdę. Każdy cios przyjmowałam po cichu. Jednakże ten czas już się skończył. Nie miałam zamiaru dłużej być jej marionetką do zabawy.
   - Affleck, do dyrektora! Natychmiast! - usłyszałam głos trenera.
Ostatni raz spojrzałam na zakrwawioną Vicky, uśmiechnęłam się pod nosem i odeszłam. Słyszałam jeszcze za sobą jej szlochanie, lecz nie byłam tym przejęta. Szłam dumnie przed siebie nie zdając sobie sprawy z własnego postępowania. Dopiero gdy siedziałam pod gabinetem dyrektora dotarło do mnie jak bardzo dzisiejsza pełnia na mnie wpływa. Sądziłam, że potrafię się kontrolować chociaż trochę, lecz myliłam się. Ani trochę nie panowałam nad swoimi emocjami ani czynami. Patrzałam na swe roztrzęsione dłonie. Żałowałam, że przyszłam do szkoły. Łzy zaczęły same płynąć z mych oczu. Już nawet nad nimi nie miałam kontroli.
   - Hej, Cynthia, wszystko w porządku? - usłyszałam znajomy głos.
   - Tak. Znaczy nie. Sama już nie wiem ... 
   - Dlaczego płaczesz?
Zauważyłam, że był to Dylan. Usiadł obok mnie, a ja wyczułam, że był przejęty mną a raczej tym, że płakałam.
   - Twoje ręce całe dygoczą. - powiedziawszy to złapał je.
Spojrzałam na niego zdezorientowana i od razu się uspokoiłam. Nie wiedziałam jak to zrobił. Nie wiedziałam jak sprawił, że przestałam płakać a moje serce z powrotem wybijało spokojny rytm.
   - Przepraszam. - powiedziałam lekko roztrzęsiona.
   - Za co? - spojrzał na mnie zaskoczony.
   - Za to, że wczoraj tak od ciebie uciekłam.
   - Nic się nie stało. Nie pierwszy raz uciekła ode mnie dziewczyna. - posłał mi łagodny uśmiech.
Zaśmiałam się delikatnie.
   - Co się wydarzyło na boisku?
   - Straciłam nad sobą kontrolę. - powiedziałam zażenowana.
   - Zdarzało ci się to wcześniej?
   - Nie.
Nic na to nie odpowiedział tylko patrzał głęboko w moje oczy i wciąż trzymał moje dłonie w swoich. Jego ciepły uśmiech sprawiał, że cały mój gniew znikał. Czułam się jakbym spoglądała na słońce. Po raz pierwszy od trzech dni szczerze się uśmiechnęłam. Wszystkie obawy odeszły w niepamięć. Na ten jeden moment zapomniałam o byciu wilkołakiem, o pełni i o łucznikach. Poczułam się znów zwykłym śmiertelnikiem. Szczęśliwym śmiertelnikiem. Czyżby Dylan był kimś o nadnaturalnych zdolnościach? 
   - Panna Affleck proszona do dyrektora. - powiedziała sekretarka.
   - Muszę już iść, ale dziękuję, że mnie uspokoiłeś.
   - Nie ma sprawy. - posłał mi swój ostatni serdeczny uśmiech, który głęboko utkwił w mej pamięci.
Po wejściu do gabinetu dyrektora pierwsze co zobaczyłam to jego niezadowoloną minę. Domyśliłam się, że miał ciężki dzień, gdyż zazwyczaj był uśmiechnięty i pogodny.
   - Proszę, usiądź. - wskazał palcem na krzesło po drugiej stronie biurka, co zrobiłam. - Cóż takiego się wydarzyło?
   - Uderzyłam Vicky Ross w twarz na lekcji w-f tak mocno, że leciała jej krew.
   - A dlaczego to zrobiłaś?
   - Specjalnie mnie przewróciła podczas biegania i upokorzyła mnie tym. Wściekłam się i pozwoliłam się ponieść emocjom.
Nie słuchałam tego co mówił on dalej. Myślałam tylko o ciepłym uśmiechu Dylana, który mnie uspokajał. 
   - Panno Affleck, czy pani mnie słucha?
   - Tak, tak. 
   - Dobrze, ponieważ jest pani na ogół wzorową uczennicą, dam pani ostrzeżenie. Jednakże jeśli dzisiejsza sytuacja się powtórzy, będę zmuszony do wydalenia pani ze szkoły. Czy rozumie to pani?
   - Oczywiście. Dziękuję.
   - Dobrze. A teraz proszę wrócić na lekcje.
Gdy tylko wyszłam z gabinetu, na korytarzach rozbrzmiał dzwonek.
Poszłam więc do szatni, aby przebrać się w poprzednie ubrania co zajęło mi dwie minuty. Gotowa założyłam plecak i wyszłam. Sunęłam wolno korytarzem zmierzając do szafki. Wzrok uczniów był skupiony na mnie. Już cała szkoła wiedziała o zajściu na boisku. Jedni spoglądali na mnie z pogardą drudzy z aprobatą a niektórzy bali się mnie. Starałam się nie zawracać na to uwagi, lecz z każdym krokiem było coraz gorzej. Speszona przyspieszyłam kroku. 
Przy szafce ujrzałam czekającą na mnie Malię, z którą musiałam się skonfrontować. 
   - Chyba mówiłam ci, że masz się nie denerwować. - krzyknęła.
   - Myślisz, że nie próbowałam unikać stresujących sytuacji?! Podczas biegania czułam, że nad wszystkim panuję aż Vicky mnie przewróciła. 
   - Mogłaś zostać w domu. Do niczego by nie doszło. Przynajmniej się nie przemieniłaś.
   - Mogłam ... A wiesz kim jest Dylan Norton? - zapytałam zaciekawiona.
   - Człowiekiem. Tylko człowiekiem. Czemu pytasz?
   - Gdy siedziałam pod gabinetem dyrektora, on przyszedł i mnie uspokoił. Nie rozumiem jak mu się to udało.
   - To twoja bratnia dusza. Twoja kotwica, która sprawia, że jesteś spokojna i panujesz nad sobą.
Bratnia dusza? To niemożliwe. Ja go nawet nie znam. Cóż, przynajmniej jest człowiekiem. Człowiekiem! Jak on może być moją bratnią duszą skoro jestem wilkołakiem?! Nie mogę. Nie mogę wprowadzić go do tego paskudnego świata pełnego postaci z legend i bajek. Nie narażę go na takie niebezpieczeństwo. 
   - Znam tę minę Cynthia. Nie uchronisz go od tego świata. Wilkołaki odczuwają wszystko dwa razy mocniej, nawet miłość. A gdy wilkołak kogoś pokocha to już do końca życia.
   - Nienawidzę tego. Czy bycie wilkołakiem ma w ogóle jakieś pozytywne strony?
   - Przekonasz się.
Przez dalszą część pobytu w szkole byłam spokojna i opanowana do czasu lunchu. Nie wiedzieć dlaczego, na stołówce dostałam ataku paniki. Nie byłam w stanie oddychać a cały świat zaczął wirować. Jedyną znaną mi osobą w pobliżu był niestety Dylan. Poprosiłam go, aby jak najszybciej wyprowadził mnie ze szkoły. Spełnił moją prośbę, lecz ujrzał coś czego nie powinien był ujrzeć nigdy w życiu. Zobaczył jak zaczynam się przeobrażać w wilkołaka. Pomimo to nie uciekł tylko był przy mnie przez cały czas. Chwilę później zjawiła się Malia.
   - Dylan będziesz musiał mi pomóc. Lepiej powiadom rodziców, że wrócisz jutro rano. - powiedziała.
Z braku powietrza, zemdlałam. W przeciągu kilku sekund znalazłam się w swoim pokoju. Wschodzące słońce ogrzewało swoimi promieniami mój dywan. Patrzałam na niego, lecz nie był on już tak piękny jak zazwyczaj. Nagle zorientowałam się, że jest on cały we krwi. Spanikowana zbiegłam na dół do salonu. Ujrzałam moich rodziców i siostrę leżących w czerwono-bordowej kałuży. Byli martwi. Cali rozszarpani. To ja to zrobiłam. Ja ich zabiłam. Zabiłam własną rodzinę. Stałam się potworem, którego tak bardzo się obawiałam. Zaczęłam krzyczeć przerażona.
   - Cynth, już dobrze. To tylko sen.
Obudziłam się w ramionach Dylana. Musiałam krzyczeć przez sen. Cała roztrzęsiona zaczęłam rozglądać się, lecz nie rozpoznałam miejsca, w którym się znajdowałam. 
   - Gdzie ja jestem? - zapytałam spanikowana.
   - U mnie w piwnicy. - odezwała się Malia. - Dylan już o wszystkim wie. Pomoże mi zapanować nad tobą. Zbliża się pełnia, więc zaraz przypniemy cię łańcuchami do ściany.
Spojrzałam na Dylana zakłopotana. Nie byłam pewna co on o tym myśli.
   - Nie boisz się? - spuściłam wzrok.
   - Nie.
Nie rozumiałam go. Powinien się mnie bać. Powinien być przerażony. Tymczasem on trzymał mnie kurczowo w swych ramionach. Czułam się bezpieczna, lecz wiedziałam, że czeka mnie najgorsza noc w całym życiu a ja nie byłam na nią przygotowana.
   - Cynthia, już czas. Za chwilę zaczniesz się przemieniać.
   - Dobrze.
Wstałam powoli i ze smutkiem podeszłam do ściany. Malia przykuła moje ręce i nogi grubymi, metalowymi kajdanami. Natomiast Dyla przywiązał mnie ciężkimi łańcuchami. Spoglądałam na nich ze łzami w oczach, które powoli zaczęły ściekać po moich policzkach. Zza małego okienka ujrzałam ogromny, białoszary księżyc w pełni. Smutek przemienił się w gniew a na mojej twarzy widniał już uśmiech. Najpierw pazury wyłoniły się z zmarzniętych palców, następnie w pełnym uśmiechu ukazały się kły gotowe rozerwać wszystko na strzępy. Patrzałam na Malię i Dylana i pragnęłam ich zabić, więc zaczęłam się szarpać. Próbowałam uwolnić się, lecz wszystkie moje wysiłki szły na marne. Potem nagły ból. Czułam jak każda moja kość rośnie i zmienia swój kształt. Krzyczałam tak głośno jak tylko mogłam. Myślałam, że umieram. Chciałam umrzeć, żeby nie czuć więcej tego bólu. W końcu krzyk przerodził się w ryk. Nie mogłam znieść tego co się ze mną działo. Im bardziej mnie bolało tym większą miałam ochotę zamordować wszystkich. Pragnęłam czuć krew w mych ustach. Pragnęłam słyszeć szlochanie ludzi błagających o życie.
Po kilku minutach przestałam patrzeć na księżyc, ponieważ ból stawał się coraz silniejszy a ja coraz słabsza. Spojrzałam na przerażonego Dylana. Jego mocno bijące serce sprawiało, że mój głód wzrastał z każdą chwilą i nie potrafiłam go powstrzymać. Nie byłam w stanie nad nim zapanować. Myślałam tylko o tym, aby rozerwać go własnymi kłami. Jego strach w oczach rozbawiał mnie. Wyobrażałam sobie jak rozcinam moimi szponami jego delikatną, opaloną, ludzką skórę. 
Głód. Byłam na tyle głodna, że przestałam odczuwać fizyczny ból.
 Spojrzałam na swoje dłonie, które zmieniły się w łapy i domyśliłam się, że nadzwyczaj bolesna przemiana dobiegła końca. Pozostało mi tylko uwolnić się z łańcuchów i kajdan. Pomimo ogromnej siły nie byłam w stanie rozerwać ciężkiego metalu spoczywającego na mym ciele. Zaczęłam się szarpać na nowo. Chociaż nie przynosiło to żadnego skutku, nie przestawałam. 
Po dłuższym czasie moje ciało zaczęło krwawić, lecz nie przejmowałam się tym. Jedyne czego pragnęłam to uwolnić się. Mimo całego szaleństwa nadal słyszałam ciche głosy Dylana i Malii.
   - Dylan, powiedz jej coś, bo inaczej zrobi sobie krzywdę!
   - Tylko co mam jej powiedzieć? Nie znam jej tak dobrze jak ty! 
   - Ale to ty jesteś jej bratnią duszą a nie ja! Szybciej! Jeśli będzie się mocniej szarpała z kajdan i łańcuchów wyłonią się ... - nie dokończyła.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz