- Oszukać ich.
Po chwili zauważyłam sześciu yokai materializujących się wokół mnie. Ich blada skóra odbijała światło gwiazd a oczy były przepełnione czernią. Na ich widok serce Alice zabiło szybciej. Strach powoli zacząć paraliżować jej ciało.
- Jeśli nie chcesz umrzeć, to nie pozwól, aby spojrzeli ci głęboko w oczy.
Poczułam jej skołowany wzrok na sobie. Szybkim ruchem wbiłam swe pazury głęboko w jej nadgarstek w miejsce tatuażu. Zaczęłam przejmować jej aurę, co wywołało u mnie palący ból. Mimo to nie przestawałam.
***
Gdy odebrałam już potrzebną mi część, puściłam Alice a ta upadła wyczerpana na ziemię. Aura była jej siłą życiową. Następnie spojrzałam z uśmiechem na jednego z demonów i zaryczałam potężnym głosem a on odwzajemnił to skrzeczącym piskiem.
Udało się, pomyślałam.
- Dlaczego nie zabili cię? - zapytała cicho ledwo żywa Alice.
- Myślą, że jestem jednym z nich dzięki aurze, którą ci odebrałam. A raczej zaledwie małą jej część. Gdybym zabrała ci ją całą, umarłabyś. A w szybkiej śmierci nie ma nic zabawnego.
Tuż po tych słowach odeszłam z powrotem w stronę zniszczonego budynku pozostawiając za sobą osłabioną Alice. Wiedziałam, że na miejscu nie zastanę już Pierwszych. Zamierzałam więc osiedlić się tam na pewien czas.
Pewnie Pierwsi weszli w sojusz z przyjaciółmi Cynthii, pomyślałam.
Bawił mnie fakt iż myśleli, że są w stanie mnie pokonać.
***
Gdy znalazłam się już na miejscu, stanęłam przed spalonym budynkiem podziwiając jego ogromny majestat. Byłam ciekawa jego historii. Wyczuwałam tu o wiele więcej cierpienia niż w jakimkolwiek innym miejscu. Nie mogłam się doczekać, aby wejść do środka i napawać się chaosem, który tu kiedyś zapanował. Ruszyłam więc zniecierpliwiona w stronę drzwi frontowych. Poruszałam się bardzo ostrożnie w obawie przed zniszczeniem czegokolwiek. Musnęłam dłonią stare, spróchniałe, blado żółte drzwi. Patrzyłam na nie zaintrygowana tym co skrywały za sobą. Po chwili złapałam delikatnie zardzewiałą klamkę i otworzyłam wrota do swojego edenu. Przekroczyłam próg i oniemiałam. Mym oczom ukazało się ogromne puste pomieszczenie przypominające przedpokój z poczerniałymi schodami po prawej stronie prowadzącymi na górę. Odwróciłam się z powrotem, aby zamknąć drzwi. Jednakże zanim to zrobiłam, dokładnie się im przyjrzałam. Dostrzegłam liczne zadrapania i zaschnięte ślady krwi. Wyjęłam swe pazury by sprawdzić czy są to ślady należące do wilkołaka.
Gdy tylko ich dotknęłam, ujrzałam młodą dziewczynę próbującą się wydostać na zewnątrz. Wokół niej były płomienie, które niszczyły wszystko co spotkały na swej drodze a ona była cała zakrwawiona i brudna. Krzyczała przez łzy w szaleńczej agonii. Wołała o pomoc, lecz nikt jej nie słyszał.
- Co takiego ci się stało nieznajoma? - wyszeptałam, gdy wizja ustąpiła.
Z każdą chwilą byłam coraz bardziej ciekawa historii jaką skrywał ten dom oraz kim była nastolatka. Zaskoczył mnie fakt iż mogłam ujrzeć wydarzenia dotyczące przedmiotu, którego dotknęłam. Następnie spojrzałam na zakurzoną podłogę, która również była pokryta zaschniętymi kroplami krwi. Zaintrygowana podążyłam za nimi.
Zatrzymałam się przy wejściu do pomieszczenia, które prawdopodobnie było kuchnią. Na całym łuku były liczne zadrapania pazurów. Śmiało więc przyłożyłam do nich swą dłoń i ujrzałam kobietę, która miała około trzydziestu paru lat wyglądem przypominającą dziewczynę z poprzedniej wizji. Jednakże ona była wciągana przez kogoś do środka. Krzyczała: "Uciekaj, Maddie!". Po chwili zniknęła we wnętrzu pomieszczenia.
Spojrzałam na nie. Było opustoszałe. Znajdowało się w nim jedynie kilka blatów pod ścianą i ogromnym stołem na środku.
Weszłam ostrożnie rozglądając się wokół. Wzięłam głęboki wdech, aby dokładnie wyczuć wszystkie panujące tu emocje. Po tym od razu spojrzałam na stół. Czym prędzej podeszłam do niego i położyłam na nim swą bladą dłoń. Ponownie przed mymi oczami pokazała się kobieta. Jednakże tym razem leżała cała rozszarpana.
***
Przez kolejną godzinę przechadzałam się po całym budynku odkrywając brutalne morderstwo rodziny. Jedyną osobą, której udało się wydostać z domu była młoda dziewczyna, której krew znajdowała się na drzwiach wejściowych. Mimo to nie miała szans na przeżycie. Na jej ciele znajdowało się zbyt wiele ran śmiertelnych.
Jednakże najbardziej zaskakującym faktem było to iż mordercą była Aubrey.
- Kto by pomyślała. - zaśmiałam się.
Będąc w tym domu przepełnionym cierpieniem i chaosem, rosłam w siłę.
***
Gdy wzeszło słońce, usłyszałam jak ktoś pośpiesznie zmierzał w moją stronę. Zaciekawiona gościem wyszłam na taras.
- Jak mogłaś prawie zabić moją siostrę?! - ujrzałam wściekłego Wille'go.
Patrzyłam na niego zdezorientowana.
- Nie udawaj, że nie wiesz o kogo chodzi. Gdyby nie to, że jestem banshee, nigdy nie znalazłbym Alice.
- Alice? Kto by pomyślał. Banshee i yako rodzeństwem. Cóż, jest uderzająco do ciebie podobna. Jednakże zabicie jej nie było moim celem, więc ciesz się, że nadal żyje. Nadal mogę zmienić swoje zdanie.
Tuż po tych słowach wróciłam do środka a on pobiegł tuż za mną. Złapałam go za gardło i bez żadnego wysiłku zaciągnęłam do piwnicy. Rzuciłam nim w ścianę niczym zwykłą zabawką. Niewzruszona jego jękami, odwróciłam się do niego plecami. Nim zdążyłam postawić nogę na pierwszym stopniu schodów, poczułam ostrze noża wbijające się w moje ramię.
- Obyś zdechła. - bąknął.
Wściekła wyjęłam ostrze i zaryczałam na chłopaka.
- Sądziłeś, że dasz radę zabić mnie nożem przesiąkniętym tojadem?! Jestem demonem jakiego ten świat jeszcze nigdy nie widział! - podeszłam i uniosłam go do góry. - Dzięki mnie zapanuje tu wieczny chaos. Rodziny będą się wzajemnie wyżynać. Wszędzie będzie jedynie ból i cierpienie, którym będę się karmiła. - spojrzałam mu głęboko w oczy.
- Jesteś potworem. - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Ja jestem aniołem śmierci i waszą zagładą. - związałam go następnie leżącymi na ziemi łańcuchami. - Gdy przyjaciele przyjdą po ciebie, ja będę czekała na nich z yokai i wyrżnę ich jak zwykłe robaki. - powiedziawszy to poszłam do małego pokoju na pierwszym piętrze.
Stałam wściekła na środku pokoju zaciskając pięści do momentu aż się uspokoiłam. Zamknęłam oczy i zaczęłam nasłuchiwać Wille'go. Próbował się wyswobodzić z mocno zaciśniętych łańcuchów, lecz wszystkie starania kończyły się porażką.
Nagle poczułam ból w klatce piersiowej. Spojrzałam na nią i ujrzałam wbitą strzałę. Odwróciłam głowę do tyłu i zobaczyłam Harriet z łukiem w dłoni.
- Gdy przegrywasz, zmień grę. Nie pozwól, aby gra zmieniła ciebie. - wyszeptała.
Tuż po jej słowach upadłam z uśmiechem na kolana i straciłam przytomność.
***
Ocknęłam się w parku podczas walki z Pierwszymi. Tym razem to byłam prawdziwa ja. Po raz drugi bezradnie oglądałam śmierć mamy. Zaczęłam krzyczeć i płakać. Zamknęłam oczy i schowałam swą twarz w dłoniach. Niespodziewanie poczułam palący ból w gardle. Po chwili poczułam jak mój demon wydobywa się ze mnie i materializuje. Jednakże nadal był tylko cieniem.
- Musisz go zabić w taki sam sposób jak Lizzie zabiła twoją mamę! - usłyszałam krzyk Malii.
Zdezorientowana czym prędzej wstałam i spojrzałam przed siebie. Ujrzałam tam siebie samą uśmiechniętą.
- Nie zrobisz tego. Jesteś zbyt słaba.
Rozwścieczona rzuciłam się w pełnej postaci wilkołaka na demona. Rozszarpywałam go.
***
Po pięciu minutach demon rozpłynął się w powietrzu jakby nigdy nie istniał. Powróciłam więc do postaci człowieka i ocknęłam się. Usiadłam na chłodnej ziemi w parku i patrzyłam na swoje roztrzęsione dłonie. Cierpiałam. Nie wiedziałam jak się tam znalazłam. Czułam się winna śmierci mamy zupełnie jakbym to ja ją zabiła. Spojrzałam w górę na ciemne niebo i wydarłam ze swego gardła donośny krzyk. Łzy nieprzerwanie lały się z mych jarzących niebieskich oczu.
- Już po wszystkim Cynthia. - podeszła do mnie Malia i okryła kocem.
Tuż za nią stali tata, Harriet i Thomas.
- Powinniście mnie zabić za to co wam zrobiłam. - wyszlochałam.
- Nie byłaś sobą.
- Przepraszam. Tak bardzo was przepraszam.
Wtuliłam się w ramiona Malii.
- A gdzie jest Dylan? - zapytałam zdezorientowana.
Zauważyłam jak Malia spojrzała wymownym wzrokiem na mojego tatę.
- Co się z nim stało?!
- Przebiłaś mu bok nóżką od stolika. Teraz leży w szpitalu. - odpowiedziała zasmucona.
Patrzyłam na nią nie dowierzając w to co usłyszałam. Pamiętałam wszystko co zrobiłam. Pamiętałam jak bardzo podobało mi się krzywdzenie innych a szczególnie moich najbliższych.
Zerwałam się na równe nogi i zaczęłam biec w stronę szpitala przytrzymując koc. Musiałam upewnić się czy Dylan żyje. Przerażała mnie myśl, że mogłam go zabić, że mogłam zabić kogokolwiek.
***
Podczas długiego biegu nie odczuwałam zmęczenia. Nie odczuwałam tego jak słaba i wyczerpana jestem. Myślałam jedynie o Dylanie.
Do szpitala wbiegłam niczym huragan.
- Gdzie leży Dylan Norton? - zdyszana zapytałam recepcjonistki.
- Na drugim piętrze w pokoju numer 203. - uśmiechnęła się do mnie.
Pędem ruszyłam w stronę windy. Zdenerwowana naciskałam przycisk dopóty dopóki nie weszłam do niej. Jadąc do góry odruchowo stukałam palcami w nogę. Gdy dojechałam, wybiegłam jak poparzona. Zagubiona biegałam po korytarzach w poszukiwaniu odpowiedniej sali co zajęło mi kilka minut. Jak tylko ją ujrzałam, od razu wbiegłam do środka. Ujrzałam siedzącego na łóżku szpitalnym Dylana, który wstał na mój widok. Szczęśliwa, że żyje rzuciłam się mu na szyję zapłakana. A on przytulił mnie czule do siebie.
Staliśmy tak około dziesięć minut, po których spojrzałam mu prosto w oczy i pocałowałam. Jego ciepłe usta ogrzewały moje.
- Wszystko w porządku. Nic mi nie jest. - ujął dłonią moją twarz i uśmiechnął się szeroko. - A jak z tobą?
- Nie wiem... Ja przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam.
- Nie przepraszaj mnie. To zrobił twój demon, nie ty.
- Ja go stworzyłam. Demon jest moim wytworem. Nie mogę znieść myśli, że mogłabym cię skrzywdzić.
- Kocham cię Cynth. Kocham cię na tyle, że jestem gotów każdego dnia ryzykować dla ciebie życiem. - powiedziawszy to pocałował mnie.
Nagle zakręciło mi się w głowie i upadłam na ziemię. Starałam się zatrzymać świat, który wirował wokół mnie. Próbowałam stanąć na nogi, lecz nie potrafiłam.
- Co się dzieje? Cynthia?! - głos Dylana stawał się coraz bardziej cichy z każdą chwilą.
Powoli traciłam czucie w rekach. Leżałam w ramionach Dylana i próbowałam skupić się na jego magnetycznych oczach. Były podobne do koloru bursztynu, chociaż czasem wydawały się ciemnobrązowe.
Zmęczenie coraz bardziej dawało mi się we znaki. Oczy same mi się zamykały pomimo tego, że starałam się pozostać przytomna. Wtedy poczułam niepokojące pieczenie na nadgarstku. Resztką sił złapałam się za niego, lecz chwilę później puściłam go i straciłam przytomność.
Ocknęłam się w białym pomieszczeniu przepełnionym światłem i lustrami na każdej ścianie. Przyglądałam się swoim odbiciom, gdy nagle zobaczyłam mamę stojącą tuż przede mną. Czym prędzej rzuciłam się jej na szyję. Poczułam jak jej ciepła dłoń gładzi moją głowę.
- Tak strasznie za tobą tęskniłam mamo. - powiedziałam uradowana.
- Ja za tobą również córeczko. - odsunęła mnie od siebie i spojrzała głęboko w oczy. - Tak wiele przeszłaś. Jesteś taka silna. - przyłożyła swoją dłoń do mego policzka. - Jestem z ciebie tak bardzo dumna. - uśmiechnęła się ciepło.
- Nie jestem silna mamo. Z niczym sobie nie radzę i wciąż tylko ranię wszystkich wokół siebie. Brakuje mi ciebie.
- Kochanie, nie smuć się. Pamiętaj, że ja zawsze będę przy tobie. A teraz musisz odnaleźć dziewczynę o imieniu Madeline. Musisz jej pomóc. Kocham cię bardzo mocno. Moja mała dziewczynka. - pocałowała mnie w głowę.
- Ja ciebie też mamo. - zamknęłam swe oczy z uśmiechem na twarzy.
Gdy je otworzyłam ujrzałam biały sufit i turkusowe ściany. Z powrotem byłam w szpitalu, lecz tym razem to ja leżałam w łóżku z podłączoną kroplówką. Tuż obok mnie spał Dylan siedząc na krześle. Uśmiechnęłam się widząc go całego i zdrowego. Bardzo wyraźnie słyszałam jego delikatnie bijące serce. Chciałam usłyszeć jego przyjemny głos, lecz spał tak spokojnie, że nie potrafiłam go obudzić.
Chwilę później do sali wszedł tata.
- Oh, zbudziłaś się w końcu. - ucieszył się.
- Długo byłam nieprzytomna? - usiadłam.
- Tydzień. - podszedł do mojego łóżka wypełniając jakąś kartę.
- A co takiego się stało?
- Byłaś bardzo osłabiona i twój organizm przestał... - zająknął się. - Funkcjonować.
- Czyli umierałam.
Mimo wszystko nie zasmucił mnie ten fakt. Tuż po mych słowach zbudził się Dylan nie świadomy tego iż odzyskałam przytomność. Przeciągnął się na krześle ziewając. Zaśmiałam się rozbawiona co wystraszyło go.
- Cynth, ty żyjesz! - krzyknął uradowany.
- To ja zostawię was samych. Wrócę później. - powiedziawszy to tata wyszedł z sali.
Dylan od razu podszedł do mnie i czule mnie pocałował. Rozkoszowałam się długim pocałunkiem.
- Martwiłem się o ciebie.
- Niepotrzebnie. A jak z twoim bokiem?
- W porządku. Dzięki szwom wyglądam na bardziej męskiego. - oboje zaśmieliśmy się.
Zgarnął kosmyk moich włosów za ucho.
- Jak dług tu jesteś? Wyglądasz na zmęczonego.
- Powiedzmy, że zamieszkałem tu na czas twojego pobytu.
Byłam tym zaskoczona. Nie sądziłam, że będzie czuwał przy mnie przez cały czas.
- Powinieneś pójść do domu i odpocząć.
- Miałbym zostawić ciebie tu samą? Nie ma mowy.
Wtedy przypomniałam sobie słowa mamy.
- Madeline ... - wyszeptałam. - Maddie!
Uświadomiłam sobie komu miałam pomóc. Przypomniałam wszystkie wizje tragedii, która wydarzyła się w starym domu. Tylko jak miałam pomóc komuś kto już nie żył? To nie możliwe, aby była ona wilkołakiem. Nie broniła się przed atakiem Aubrey.
Właśnie, Aubrey, pomyślałam.
Musiałam poznać całą historię od niej.
- Gdzie jest Aubrey?
- Pewnie w twoim domu. Czemu pytasz?
Rozejrzałam się po sali w poszukiwaniu swoich ubrań, lecz nigdzie ich nie było. Jedyne co zauważyłam to trampki pod łóżkiem. Chciałam po nie sięgnąć, lecz przeszkodziła mi w tym igła podłączona do kroplówki. Nie zastanawiając się wiele, wyrwałam ją z ręki i odłączyłam od siebie całą aparaturę. Rana zniknęła już po kilku sekundach. Szybko więc założyłam buty i wstałam.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknął zdezorientowany Dylan.
- Muszę koniecznie zobaczyć się z Aubrey. - powiedziawszy to wybiegłam.
***
Gdy dotarłam do domu, napotkałam Aubrey siedzącą w salonie wraz z Ian'em i Tony'm.
- Aubrey! - podeszłam do niej. - Musimy porozmawiać na osobności. Teraz. Chodź za mną. - ruszyłam zdyszana do swojego pokoju.
- O co chodzi? - zapytała na miejscu.
- Opowiedz mi wszystko o rodzinie, którą zamordowałaś z tamtego domu gdzie przebywaliście.
- Co? - wybałuszyła oczy. - Skąd ...? - wyjąkała.
- Proszę ...
Usiadła zrezygnowana na łóżku.
- To było zaledwie pięć lat temu. Pokłóciłam się z Lizzie. Chciała przemienić pewnego chłopaka w wilkołaka i przyjąć go do naszego stada. Miała zamiar zrobić z niego bestię do zabijania. Nie zgodziłam się na to. Ten chłopak umierał i nie miał żadnych szans na przeżycie przemiany. Był niewinny i bezbronny a my nie zabijamy ludzi a szczególnie takich jak on. Próbowałam przekonać ją, aby tego nie robiła, lecz ona mnie nie słuchała. Postanowiła zrobić to podczas pełni. Nie chciałam na to patrzeć, lecz Lizzie uparła się, żebym to ja go przytrzymywała. Nie miałam wyboru. Byłą alfą nad alfami. Nie mogłam się jej sprzeciwić. Tuż po tym jak go ugryzła krew zaczęła się sączyć z jego nosa, oczu, uszu i ust. Umierał w agonii a ja nie byłam w stanie nic zrobić, aby mu pomóc. Gdy w końcu umarł, wściekłam się i przestałam się kontrolować. Uciekłam od Lizzie i w szale wpadłam do domu na poboczu. Do domu oddalonego od innych. Żądza mordu zawładnęła mną i rozszarpałam wszystkich oprócz jednej dziewczyny. Widziałam w jej oczach tamtego umierającego chłopaka. To sprawiło, że znów zaczęłam panować nad sobą. Dotarło wtedy do mnie, że Lizzie robiła ze mnie maszynę do zabijania a nie z chłopaka. Podpaliłam więc dom i odeszłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz