Dlatego tak łatwo jest jej manipulować ludźmi, pomyślałam.
Chwilę później poczułam jej zmęczenie. Utrzymanie tak potężnej kopuły wyczerpywało ją. Była coraz słabsza a wraz z nią jej pole siłowe. Jednakże nie czuła bólu pomimo tego, że powinna. Odbierała go jej Aubery. Wyczuwałam ogromne cierpienie Alice płynące w żyłach Pierwszej. Było to dla mnie niczym zaproszenie na wyśmienitą ucztę. Pokusa pożywienia się słodkim bólem była zbyt wielka, abym odmówiła. Musiałam więc odciągnąć Aubrey od yako. Gdy ból będzie zbyt silny, lisica osłabi swoją barierę ochronną na tyle, żebym mogła dostać się do środka.
Przypomniałam sobie kolor oczu każdego z Pierwszych. Dokładnie wiedziałam co musiałam zrobić. Miałam zamiar wywabić Aubrey z domu podstępem i poważnie ją zranić, aby inni nie przejęli jej stanowiska. Wystarczyło zaszantażować jej kompanów, aby się poddali bez walki.
- Wiesz Aubrey, sądziłam, że skoro jesteście Pierwszymi wilkołakami to zabicie was jest niemożliwe, ponieważ jesteście silniejsi, czujniejsi, szybsi. Jednak ku memu zdziwieniu zabicie was wcale nie jest takie trudne jakby się wydawało. Gdy Cynthia zabiła Lizzie czułam się jak dziecko, które dostało dużego lizaka. Jej krzyk był muzyką dla mych uszu, przy której mogłabym zasypiać każdego dnia. Żałuję tylko, że nie zmusiłam tej głupiej dziewuchy do pozbycia się ciebie.
Tuż po tych słowach ujrzałam Aubrey stojącą zaledwie dwa metry ode mnie. Uśmiechnęłam się szeroko pod nosem widząc niekontrolującego się wilkołaka. Zaryczała donośnym głosem alfy i rzuciła się na mnie. Obezwładnienie jej zajęło mi kilka sekund. Na mym ciele nie było żadnego zadrapania po krótkim starciu.
- Tak łatwo przechytrzyć kogoś tak lekkomyślnego jak ty. - zaśmiałam się.
Stałam trzymając jedną ręką jej nadgarstki a drugą wbiłam pazury w jej delikatną szyję tak, aby nie była w stanie się poruszyć. Nie zwlekając ani chwili dłużej odebrałam od niej cały ból, lecz to nie sprawiło iż mogła się uwolnić. Poczułam jak moja siła wzrasta coraz bardziej. Jednakże nadal nie mogłam zaspokoić swojego głodu.
Zauważyłam stojących na werandzie Ian'a i Tone'go. Ich oczy były przepełnione strachem o życie Aubrey i nieokiełznaną nienawiścią skierowaną w Cynthię.
- Mam dla was mały układ. Przyniesiecie mi Alice a ja nie zabiję waszej dziewczynki. Może nawet ją wam oddam. - uśmiechnęłam się szeroko. - Daję wam minutę. Czas start.
Na ich twarzach pojawiło się zakłopotanie. Zakładniczka dawała im znać, aby tego nie robili. Jednakże w trosce o nią przystali na moją propozycję a już po chwili z budynku wyszła lisica. Stanęła tuż obok mnie a kopuła zniknęła w mgnieniu oka. Wszystko przebiegło dokładnie z moim planem.
- Masz mnie. Teraz wypuść Aubrey.
Spojrzałam na nią nie przestając się uśmiechać i szybkim ruchem przeniosłam swe pazury z gardła Pierwszej na jej brzuch. Wbiłam je głęboko i za jednym pociągnięciem rozharatałam go. Upadła na ziemię tryskając krwią. Napawałam się jej cierpieniem. Napawałam się swym narkotykiem.
- Mam nadzieję, że uleczy się. - powiedziawszy to złapała Alice za rękę i pociągnęłam za sobą.
Biegłam do parku Crofton, do miejsca, w którym Cynthia stoczyła walkę z Pierwszymi.
***
- Czujesz ile jest bólu i cierpienia w tym miejscu? - zapytałam, gdy dotarłyśmy na miejsce. - Powinnaś czuć. W końcu jesteś yako. Lisem, który oszukuje wszystkich wokół i czerpie przyjemność z ich porażek.
- Nie jestem taka jak ty. - wycedziła zaciskając pięści.
- Owszem, jesteś. Po prostu boisz się do tego przyznać. Weź głęboki wdech. Czy ten cały ból nie sprawia, że czujesz się błogo? Czy nie pragniesz go więcej?
- Nie. Wyczuwam jedynie yokai idące po ciebie. Zabiją cię. - patrzyła mi prosto w oczy.
- Ah tak. Yokai. Potężne demony, które nie lubią konkurencji. Cóż, nie obawiam się ich. Wręcz przeciwnie. Ja ich oczekuję.
Jej oczy płonęły z przerażenia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz