czwartek, 19 listopada 2015

14.Pudełko wspomnień.

Po codziennych, porannych czynnościach, czym prędzej wsiadłam do samochodu i pojechałam do szpitala. Tuż przed głównym wejściem ujrzałam czekającą na mnie Aubrey wraz z Oliverem. Jego widok zdenerwował mnie bardziej niż przypuszczałam. Nie chciałam wciągać go w szaleństwo mojego życia. Nie chciałam, aby poczuł jego skutki. Podeszłam więc do nich wściekła i odciągnęłam Aubrey na bok.
   - Co on tu robi?
   - Chciał nam pomóc.
   - Nie chcę jego pomocy. Znasz mnie bardzo dobrze i dokładnie wiesz, że każdy kto mi pomagał, ucierpiał na tym. Dopiero co odzyskałaś brata i wątpię, żebyś chciała stracić go po raz drugi. Trzymaj go od tego z dala. - powiedziałam stanowczo, po czym odeszłam.
Szybkim krokiem zmierzaliśmy do sali, na której leżał Willy.
Gdy tam dotarliśmy, zatrzymałam się przed drzwiami i spojrzałam na Olivera.
   - Ty zostajesz tutaj.
   - Co? Czemu? - spojrzał na mnie zaskoczony.
   - Nie chcę, żebyś się w to mieszał. - powiedziawszy to weszłam do sali, a tuż za mną Aubrey.
Zamknęła za sobą drzwi posyłają delikatny uśmiech bratu.
   - Nie musisz być dla niego taka surowa.
Spojrzałam na nią wściekła nie mówiąc nic. Podeszłam do łóżka Wille'go i delikatnie przyłożyłam swą dłoń do jego. Nagła dawka bólu przeszła na mnie. Zacisnęłam mocniej swą rękę , a już po krótkiej chwili cierpienie przyjaciela powaliło mnie na kolana.
   - Puść go! - krzyknęła Aubrey.
Nie zastanawiając się dłużej, zrobiłam to. Spojrzałam na nią ciężko dysząc i wstałam.
   - Już wszystko w porządku?
   - Ze mną tak, ale z Willy'm jest coraz gorzej. Musimy mu pomóc.
   - Dobra. Ja będę częściowo odbierała jego ból, a ty mów do niego. Gdy znów ukaże ci te głosy, wbij mu pazury w wewnętrzną część nadgarstka. To was połączy i będziesz w stanie słyszeć to co on tak długo jak tylko będziesz chciała. Jednakże będziesz również odczuwała dokładnie to samo co on. Gotowa?
   - A czy mam jakiś wybór? - westchnęłam.
Wymieniłam z Aubrey spojrzenia i zastanowiłam się co powiedzieć Wille'mu. Zerknęłam na jego wychudzoną twarz, a łzy napłynęły mi do oczu. Nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę któregoś z moich przyjaciół w takim stanie.
   - Cześć Willy. To znowu ja. Cynthia. Chciałam z tobą porozmawiać, a raczej poprowadzić monolog. Przynajmniej mam pewność, że mnie wysłuchasz. - zaśmiałam się delikatnie. - Wiesz, zawsze uważałam ciebie i Dylana za szkolnych klaunów, którzy nie robią niczego innego poza wygłupianiem się. Nigdy nie nie brałam cię za kogoś poważnego. Nie sądziłam, że jesteś człowiekiem godnym zaufania, a teraz... Teraz jesteś moim przyjacielem, dla którego jestem w stanie poświęcić samą siebie. A te ostatnie kilka miesięcy nauczyły mnie, że nie ma sytuacji bez wyjścia. Dlatego, proszę cię  Willy, abyś walczył i nie poddawał się. Znajdę sposób, aby cię uratować, a tymczasem nie opieraj się głosom. Współpracuj z nimi, bo mogą one ocalić życie nam wszystkim.
Nagle Willy złapał mnie za rękę, a ja szybkim ruchem wbiłam mu pazury w miejsce wskazane przez Aubrey. W przeciągu kilku sekund cały świat ucichł, a ja słyszałam tylko szepty kilkunastu osób. Starałam się skupić na konkretnym głosie, lecz na marne.
   - Nie rozumiem was. - wyszeptałam.
Zamknęłam swe oczy dla większego skupienia. Wzięłam kilka głębokich wdechów, po czym upadłam na ziemię. Tak jak mówiła Pierwsza, dokładnie czułam cierpienie przyjaciela. Z każdą chwilą zakłócało mi ono coraz bardziej szepty. Nagły ogień zaczął wypalać mój bok. Był to ból spowodowany ugryzieniem wilkołaka. Nie mogąc wytrzymać więcej, puściłam Wille'go i zemdlałam.
Ocknęłam się leżąc w ramionach Olivera. Zdezorientowana zerwałam się na równe nogi.
   - Chyba mówiłam ci, że masz zostać przed drzwiami! - wrzasnęłam.
   - Cynthia, to ja go zawołałam.
   - Po co? Nic mi nie jest. - burknęłam.
   - Zemdlałaś na kilka minut.
Zaskoczona spojrzałam przez okno i ujrzałam granatowe niebo wyłożone gwiazdami. Nie mogłam uwierzyć, że nastał już wieczór. W moim odczuciu połączenie trwało zaledwie kilka minut.
   - Willy nie spowodował wypadku, przez który teraz tutaj leży. - odwróciłam się do rodzeństwa. - Zrobił to wilkołak. - podeszłam do szpitalnego łóżka, odsunęłam kołdrę i rozdarłam piżamę przy boku chłopaka, na którym widniała rana od pazurów. - Musimy dowiedzieć się kto to zrobił i po co.
   - Z pewnością nie był to nikt nowy w mieście. Wyczułabym.
   - Jest coś jeszcze. Nie byłam w stanie zrozumieć wszystkich szeptów, ale udało mi się wyłapać pojedyncze słowa. Siostra, zemsta, ból i śmierć.
Nagle uświadomiłam sobie, że Harriet może być w niebezpieczeństwie.
   - Muszę wrócić do domu. Koniecznie. - powiedziawszy to wybiegłam z sali, a później ze szpitala.
Podeszłam do auta i w pośpiechu zaczęłam szukać kluczyków po kieszeniach, lecz z marnym skutkiem.
   - Tego szukasz? - ujrzałam zdyszanego Olivera trzymającego w ręku moją zgubę.
   - Tak, tego. Oddaj mi je.
   - Nie. Odwiozę cię do domu. - podszedł do mnie.
   - Nie potrzebuję niańki. - parsknęłam.
Pomimo wszelkich słów i argumentów z mojej strony, wiedziałam, że Oliver nie pozwoli mi samej wrócić po nagłym omdleniu. Darzył mnie on sympatią, której nie rozumiałam.
   - Mam nadzieję, że szybko jeździsz. - powiedziawszy to wsiadłam do pojazdu od strony pasażera.
   - Zamierzam tu zostać na jakiś czas. - powiedział po pięciu minutach drogi.
   - Co na to twoi rodzice?
   - Zgodzili się. Pomyślałem, że może... - przerwał.
Spojrzałam na niego i od razu wiedziałam co chciał powiedzieć. Zaczęłam zastanawiać się czy zostaje tu ze względu na swoją siostrę czy ze względu na mnie. Nie wiedziałam dlaczego tak bardzo chciał się do mnie zbliżyć. Nie byliśmy bratnimi duszami. Ledwo się znaliśmy. Dylan był moją odskocznią od brutalnej rzeczywistości. Był dla mnie tratwą, gdy tonęłam. Kochałam go. Natomiast Oliver był dla mnie tylko przypadkowo spotkanym chłopakiem, do którego nie żywiłam żadnych uczuć.
   - Oliver, nie zbliżysz się do mnie.
   - To, że czegoś nie chcesz, wcale nie oznacza, że to nie jest dla ciebie dobre. Dość często odpychasz od siebie ludzi, prawda?
   - Po prostu zawieź mnie jak najszybciej do domu.
Nie chciałam przyznawać mu racji. Chciałam tylko upewnić się, że Harriet nic nie grozi. Mogłam tam pobiec zamiast znosić towarzystwo nachalnego chłopaka, jednakże ból Wille'go był nadal dla mnie odczuwalny. Wytwarzał u mnie lekkie zawroty głowy, lecz wolałam zostawić tą informację dla siebie.

***
Gdy dotarliśmy na miejsce, czym prędzej wysiadłam z auta, wbiegłam do domu i zaczęłam szukać Harriet. Ujrzałam ją w salonie przytuloną z Leo na kanapie i oglądającą telewizję. Uspokoiłam się, gdy zobaczyłam ją całą i zdrową, a na jej twarzy widniał szeroki uśmiech.
   - Cynthia, możemy porozmawiać? - usłyszałam głos Thomasa za swoimi plecami.
Odwróciłam się w jego stronę i ujrzałam go czekającego na mnie w kuchni. Zdziwiona podeszłam do niego i dostrzegłam zakłopotanie na jego twarzy. 
   - Jeśli chodzi o Maddie, to nie wiem gdzie ona jest. Odeszła i wątpię, żeby wróciła.
   - W tym właśnie rzecz. Ona nie uciekła tylko zamieszkała u mnie i chce, abym nauczył ją samokontroli. Tylko, że ja nie potrafię tego zrobić. Nie wiem jak. - spuścił wzrok na dół. 
   - Thomas, miałam bardzo ciężki dzień. Jutro po szkole przyjdę do ciebie i porozmawiam z nią.
Spojrzał na mnie skonfundowany.
   - Ona nie chce z tobą rozmawiać. Nawet nie wie, że tu przyjechałem. 
Jego słowa na nowo mnie zdenerwowały.
   - To co mam zrobić? - krzyknęłam. - Nie jestem cudotwórcą Thomas! Nie zmuszę jej do ponownego trenowania ze mną. To jest jej decyzja. Nie moja. Jeśli będzie chciała mojej pomocy, to wie gdzie mieszkam. - powiedziawszy to odeszłam. 
   - Ona jest przerażona i z niczym sobie nie radzi. Nie zostawiaj jej z tym samej. To twoja przyjaciółka, Cynthia. - usłyszałam za plecami. 
Nie zamierzałam zostawić Maddie samej sobie, jednakże aktualnie miałam o wiele ważniejsze zmartwienia niż jej fochy.

***
Po odświeżeniu, położyłam się na łóżku, przykryłam kołdrą i zamknęłam oczy. Pragnęłam odpoczynku, lecz wiedziałam, że nie nadejdzie on w najbliższym czasie.
   - Obudź się kochanie. - usłyszałam przyjemnie łagodny głos.
 Gdy otworzyłam oczy, znajdowałam się na polanie, lecz tym razem nie byłam uwięziona w sidłach.
   - Jestem tutaj. - szybko odwróciłam się za siebie.
Ujrzałam tam przepiękną, wysoką blondynkę z niestarannie upiętymi włosami i ubraną w białą, zwiewną sukienkę.
   - Mama... - podbiegłam do niej i mocno się w nią wtuliłam.
   - Też się za tobą stęskniłam. Jednakże nie po to tu jestem. Chciałam ci powiedzieć, że musisz zaakceptować to kim jesteś.
   - Mamo, ja nie chcę zostać alfą. Nie potrafię być liderem. 
   - Ależ ty już nim jesteś. I to od dłuższego czasu. - uśmiechnęła się szeroko. - Znajdziesz u mnie w szafie bardzo stare, drewniane pudełko. Chcę, abyś ty byłą teraz jego właścicielką. 
Nagle ziemia pode mną zaczęła się zapadać. Kurczowo próbowałam się utrzymać mamy, jednakże ona rozpłynęła się w powietrzu jakby nigdy jej tam nie było. Spadałam w otchłań, która dusiła mnie. Gdy straciłam polanę z zasięgu wzroku, nie byłam już w stanie oddychać.
Obudziłam się nachalnie łapiąc oddech. Sfrustrowana podeszłam do lustra i ujrzałam iż byłam w takiej postaci w jakiej położyłam się spać. Odetchnęłam z ulgą na myśl, że nie muszę dzisiaj przechodzić przez tortury. Następnie nie zwlekając ani chwili dłużej, zbiegłam na dół do sypialni rodziców. Zniecierpliwiona podeszłam do dużej szafy. Otworzyłam ją i wyjęłam zakurzone, drewniane pudełko. Położyłam je ostrożnie na łóżku i ręką przetarłam wieczko. Dokładnie na samym środku znajdował się wygrawerowany łuk ze strzałą. Przejechałam po nim delikatnie opuszkami palców przypominając sobie o tym, że mama była łucznikiem tak samo jak Harriet. Następnie otworzyłam powoli mały zatrzask i uniosłam wieko do góry. Pudełko było wypełnione mnóstwem rzeczy, lecz w oczy rzucił mi się pożółkły list na samym wierzchu. Podniosłam go niepewnie i ujrzałam na nim moje imię. Zdziwiona otworzyłam go i od razu uśmiechnęłam się na widok starannego pisma mamy. Ze łzami wzruszenia w oczach zaczęłam go czytać.
"Cynthio, córeczko,
Jeśli czytasz ten list, to oznacza, że już mnie z wami nie ma. Piszę go w dzień Twej walki z Pierwszymi, ponieważ mam tak wiele ci do powiedzenia, a nie wiem czy przeżyję. Od niedawna wiesz, że jestem łucznikiem, lecz nie zwykłym. Jestem myśliwym, czy najgroźniejszym, a zarazem najlepszym łucznikiem. Łącznie nas - myśliwych - jest trzech: ja, psycholog Sylvia Minth oraz ojciec Aubrey, Noah Cramp. Sprawujemy władzę nad wszystkimi łucznikami. Obserwujemy ich poczynania oraz trenujemy. Natomiast, gdy cała trójka umrze, zastępują nas nasi potomkowie, czyli Harriet, Oliver oraz Nathan. Ty i Harriet nigdy się nie dogadywałyście za dobrze, jednakże zawsze się wspierałyście. Teraz, gdy twoja siostra mnie zastąpi i stanie się myśliwym, musisz szczególnie ją wspierać, ponieważ jest to bardzo niewdzięczne stanowisko. Niestety nauczyłam się tego z czasem. Harriet stanie się bezwzględna i będzie zabijała z zimną krwią. Tak samo jak ja. Łucznicy mają swoje żelazne zasady, które mogą być zmienione tylko i wyłącznie przez myśliwych. Jednakże cała trójka musi być zgodna co do tych zmian. W świecie łuczników zabijasz albo giniesz. Piszę to dlatego, abyś nie pozwoliła swojej młodszej siostrze stać się potworem, którym ja byłam. Nie jestem osobą za jaką mnie uważałaś córeczko. Mam na rękach krew wielu ludzi, między innymi mojego przyjaciela Noah. Żałuję każdej zbrodni, której się dopuściłam, lecz czasu cofnąć nie mogę. Kocham Cię i twoją siostrę całym moim sercem. Obydwie jesteście niebywale silne i mądre. Jestem pewna, że poradzicie sobie ze wszystkimi przeszkodami jakie napotkacie. Tak samo jak jestem pewna, że któregoś dnia staniecie się wspaniałymi liderkami. To wielkie brzemię, lecz nie obawiaj się zostać alfą, Cynthia. Poradzisz sobie. Pamiętaj, że zawsze przy was będę. Kocham was do końca świata i jeden dzień dłużej.
Mama"
Łzy spływały po mych policzkach jak oszalałe. Sądziłam, że znałam mamę, jednakże byłam w błędzie. Nie mogłam uwierzyć w to, że była mordercą. Nie wiedziałam w jaki sposób mam przekazać Harriet tak okrutną prawdę. Nie chciałam, aby moja młodsza siostra stała się bezdusznym potworem. 
Zdruzgotana nowymi informacjami, odłożyłam list na bok i powróciłam do przeglądania zawartości pudełka. Znajdowało się tam kilka starych zdjęć. na pierwszych czterech byli myśliwi. 
   - Byłaś w wieku Harriet, gdy zostałaś myśliwym. - wyszeptałam.
Natomiast ostatnie piąte zdjęcie przedstawiało nasze pierwsze wspólne święta. Ze wzruszeniem przyglądałam się owemu zdjęciu. Żałowałam, że już więcej nie zobaczę pogodnego uśmiechu mamy. 
Z żalem odłożyłam fotografie tuż obok listu. Następnie sięgnęłam po srebrny łańcuszek z łukiem i strzałą. Gdy tylko wzięłam go do ręki, od razu wiedziałam, że powinnam go przekazać Harriet. Pomimo wielu drobiazgów z okresu młodości mamy, moją uwagę przykuł srebrny grot z doczepioną karteczką z napisem "pierwszy własnoręcznie zrobiony grot". Przez dłuższy czas przyglądałam się jego wykonaniu i dostrzegłam dwie małe strzały krzyżujące się w połowie. Miałam silne przeczucie, że już gdzieś widziałam ten znak, jednakże nie mogłam przypomnieć sobie gdzie. Zaczęłam więc od nowa przeglądać całą zawartość pudełka z wielką dokładnością. 
Po około pięciu minutach dostrzegłam iż znak widniejący na grocie mieli myśliwi na każdym zdjęciu na przedramieniu. Nie rozumiałam dlaczego ani co oznaczał, lecz miałam zamiar się dowiedzieć.
   - Cynthia! - usłyszałam Olivera.
   - Już idę.
W pośpiechu włożyłam wszystkie rzeczy z powrotem do pudełka, które następnie schowałam do szafy. Ocierając łzy z policzków wyszłam z sypialni rodziców.
   - Co się stało? Co tu robisz tak wcześnie? - zapytałam zdziwiona.
   - Chciałem ci oddać kluczyki od auta oraz zaproponować, abyś spędziła ten dzień razem ze mną. - wyciągnął kluczyki w moją stronę.
Wzięłam je unikając dotknięcia jego dłoni.
   - Z tobą? 
   - Tak... - zachwiał się. - Z dala od wszystkich problemów i zmartwień. Tylko ty i ja. - uśmiechnął się czule.
Pokręciłam przecząco głową, po czym poszłam do swojego pokoju, a Oliver tuż za mną.
   - Cynthia, nie chciałabyś odpocząć od tego całego szaleństwa? Chociaż trochę?
   - Oczywiście, że chciałabym Oliver, ale nie mogę. - westchnęłam.
   - Czemu? Świat się nie zawali jak uciekniesz od niego na jeden dzień. - nalegał.
   - Twój świat się nie zawali, ale mój owszem. A chcesz wiedzieć czemu? Mój przyjaciel umiera w szpitalu i nie wiem czy zdołam go uratować, zbliża się pełnia, a Maddie nadal się nie kontroluje, niedługo wydarzy się coś strasznego, a ja nie wiem co. Jedyne co wiem to to, że wiele osób umrze. Jakby tego było mało, staję się alfą czego wcale nie chcę. Poza tym nie mogę cały czas opuszczać szkoły. - odparłam sfrustrowana. 
Niespodziewanie Oliver podszedł do mnie i mocno przytulił. Zaskoczona znieruchomiałam. Nie wiedziałam czy powinnam odwdzięczyć uścisk czy odepchnąć troskliwego chłopaka.
   - Nie musisz sama przez to przechodzić. Tylko pozwól sobie pomóc.
Po tych słowach poczułam dziwny spokój, którego nie rozumiałam. Jednakże był on przyjemnym uczuciem.
   - To co powiesz na jeden wolny dzień? - uśmiechnął się pogodnie.
   - Niech ci będzie. Poczekaj chwilę. - powiedziawszy to wzięłam czyste ubrania z bielizną i poszłam do łazienki się przyszykować.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz