Nagle poczułam jak ogromna siła uderzającą we mnie, wyrzuciła mnie w drzewo. Zdezorientowana podniosłam wzrok i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Była to Aubrey.
- Zdziwiona, że mnie widzisz? - przemieniła się w człowieka i założyła ubrania, które podobnie jak ja trzymała wcześniej w pysku. - Ubierz się. Musimy porozmawiać. - odwróciła się do mnie plecami.
Chcąc uniknąć walki, powróciłam do ludzkiej postaci i nałożyłam na siebie ubrania.
- Twoja ucieczka niczego nie polepszyła. Wręcz przeciwnie. - z powrotem na mnie spojrzała.
- Jak mnie znalazłaś? - zapytałam ciekawa.
- Cóż, oprócz tego, że jestem wilkołakiem, w dodatku Pierwszym i wytropienie ciebie nie było dla mnie żadnym wyzwaniem to zgubiłaś swój telefon. Twój przyjaciel Oliver zadzwonił do twojego taty i opowiedział mu o wszystkim. Wszyscy nalegali, abym po ciebie poszła, więc jestem.
Zacisnęłam pięści ze złości na swoją nieostrożność.
- Nie słyszałaś tego w jaki sposób powstały wilkołaki, prawda? - spojrzałam na nią pytająco. - Pozwól, że co nie co ci o tym opowiem. Gdy Lizzie była w twoim wieku, miała wyjść za mąż. Żyła za czasów pokaźnych zamków, wielkich królów i mężnych rycerzy. Miejsce, w którym ona mieszkała, dziewczęta oddawano mężczyznom w wieku piętnastu lat, lecz rodzice Lizzie kochali ją na tyle mocno, że chcieli, aby ich córka poślubiła kogoś z miłości, a nie z przymusu. Dlatego ukrywali to ile ma lat. Jednakże czas robił swoje i ludzie zaczęli dostrzegać iż nie jest już ona dziewczynką a kobietą. Wtedy rodzice zaprowadzili ją w głąb lasu i zostawili. Ona znalazła jaskinię, w której zamieszkała, lecz nie wiedziała iż jest to nora wilka. Dowiedziała się o tym, gdy rankiem wyszła z niej, aby zdobyć jakieś pożywienie i tuż przed wejściem ujrzała czarną bestię. Spojrzała jej prosto w oczy z myślą, że rzuci się ona na nią i ją rozszarpie. Jednakże tak się nie stało. Wilk podszedł do niej i usiadł tuż przed nią tak jakby zaoferował jej swą wierność. Lizzie przystała na to i żyła wraz z nim. Natomiast w wieku dwudziestu czterech lat, podczas polowania, spotkała swojego brata Ian'a. - nagle Aubrey posmutniała.
- Powiedział jej, że zamordowano ich rodziców za ukrycie jej. Wtedy Lizzie się załamała i zaprzysięgła zemstę na królu. Gdy wściekła wracała z powrotem do jaskini, ujrzała wilka leżącego przed nią ze strzałą głęboko wbitą w bok. Siedziała przy nim, gdy umierał i na chwilę przed śmiercią podarował jej największy dar jaki tylko mogła otrzymać. Ugryzł ją. Wtedy nie rozumiała tego, lecz tej samej nocy była pełnia i jak już się domyślasz, Lizzie przeszła przemianę. Sama. Przez następne pięć miesięcy uczyła się samokontroli, a gdy to się już jej udało, zamordowała całą rodzinę królewską oraz wszystkich, którzy im wiernie służyli. Zaraz po tym przemieniła swojego brata. Widzisz, Lizzie kochała swoją rodzinę ponad wszystko i mimo wielu myśli, że to wszystko jej wina, nie opuściła swojego brata. Broniła go tak bardzo jak tylko mogła. Nawet gdy jej to nie wychodziło, Ian wiedział jak wielką miłością go darzy i nie pozwalał jej uciec, bo miał świadomość, że ucieczka nie rozwiąże żadnych problemów ani nikogo nie ocali. Zostawiłaś swoich bliskich, gdy cię potrzebowali.
Patrzyłam na nią z zakłopotaniem. Po wysłuchaniu jej zrozumiałam co było prawdziwym powodem mojej ucieczki. Bałam się, a wręcz byłam przerażona myślą iż mogę zawieść ludzi, których darzę tak wielkim uczuciem jakim jest miłość. Obawiałam się, że nie podołam wszystkim przeszkodom, które napotkam, a nie chciałam już więcej nikogo tracić.
- Więc to przez Lizzie jesteśmy niewolnikami księżyca?
- Niewolnikami? - spojrzała na mnie zdziwiona. - Lizzie w księżycu zawsze widziała swojego wilka, swoich rodziców. Może po prostu wilki są zakochane w księżycu i płaczą z tęsknoty do miłości, której nigdy nie dotkną. - uśmiechnęła się do mnie ciepło.
Dokładnie zrozumiałam te słowa. Ja w księżycu widziałam swoją mamę.
- Tylko jak to możliwe, że Lizzie przemieniła się po ugryzieniu wilka? Przecież już wcześniej ludzie doświadczali ugryzień, ale nie zmieniali się.
- Ten wilk darzył Lizzie tymi samymi uczuciami co ona jego.
Nie chciałam wierzyć w to, że bezwzględny morderca mógł kiedykolwiek kogoś szczerze kochać. Pomimo usłyszeniu całej historii, nadal nie dostrzegałam w Lizzie niczego dobrego.
- Cynthia, ona nie zawsze była zła. Złym się stajesz, nie rodzisz.
- Zabiła moją mamę. Nigdy jej tego nie wybaczę. - kilka łez ściekło po moich policzkach.
- Jednakże nadal masz dla kogo żyć. Masz tyle osób, które cie kochają, a uciekasz przed nimi. Wybór należy do ciebie. Możesz wrócić ze mną lub dalej uciekać. Tylko wiedz, że twoi bliscy ciągle w ciebie wierzą. - powiedziawszy to zdjęła swe ubrania, zmieniła się w wilkołaka i z powrotem złapała je do pyska.
Patrzyłam na nią rozkojarzona. Jej słowa uderzyły we mnie z wielką siłą, jednakże nadal nie byłam pewna czy ucieczka nie jest słuszną decyzją.
Chwilę później Aubrey pobiegła w stronę domu. Pod wpływem emocji zmieniłam się jak ona i pobiegłam za nią. Gdy ją dogoniłam zawyła szczęśliwa.
***
Około godziny dziesiątej rano byłyśmy na miejscu. Stałyśmy przed drzwiami wejściowymi. Nie wiedziałam czego mam się spodziewać, gdy przekroczę próg.
- Nie bój się. - usłyszałam Aubrey za plecami.
Wzięłam głęboki wdech, aby się uspokoić, otworzyłam drzwi i weszłam do środka. Serce waliło mi jak oszalałe ze stresu. Stanęłam przodem do salonu i spojrzałam przed siebie. Ujrzałam wszystkich oczekujących mojego ruchu, jednakże ja nie wiedziałam co mam zrobić, więc stałam w bezruchu wpatrzona w twarze moich bliskich.
- Cynthia! - podbiegł do mnie uradowany tata wraz z Harriet i mocno mnie przytulili.
Szczęśliwa zrobiłam to samo. Cieszyłam się, że znów z nimi jestem, i że znów mogę im powiedzieć jak bardzo ich kocham.
- Tak bardzo się o ciebie wszyscy martwiliśmy. - usłyszałam Malię.
Gdy tylko ją ujrzałam, od razu do niej podbiegłam i rzuciłam się jej na szyję.
- Proszę, nie uciekaj już nigdy więcej.
- Nie mam zamiaru. - odparłam pośpiesznie.
- Wszystko nam opowiesz, ale teraz idź na górę do swojego pokoju.
Spojrzałam na nią zdziwiona. Niepewnie zrobiłam to o co mnie poprosiła.
Gdy tam weszłam, ujrzałam zdenerwowanego Dylana stojącego przy oknie.
- Cynth ... - spojrzał na mnie uradowany. - Przepraszam. Tak bardzo cię przepraszam za to co ci powiedziałem.
- Mówiłeś, że zawsze będziesz we mnie wierzył.
- Wierzę. I jestem największym idiotą tego świata szaleńczo zakochanym w cudownej dziewczynie, na którą nie zasługuję, lecz nie mogę również bez niej żyć. Popełniłem błąd. Powiedziałem coś czego będę już zawsze żałował, bo nie powiedziałem tego co naprawdę myślałem. Byłem wściekły, lecz nie na ciebie, tylko na samego siebie, ponieważ nie było mnie przy moim najbliższym przyjacielu. Cynth, jestem tylko słabym człowiekiem. Nie poradzę sobie bez ciebie.
Słuchając go chciałam być na niego zła, lecz nie potrafiłam. Podbiegłam więc do niego i pocałowałam. Poczułam wielką ulgę będąc z nim.
- Nie zostawiaj mnie już więcej samego. Nigdy.
Patrząc mu w oczy byłam przepełniona szczęściem. Nie potrafiłam powstrzymać szerokiego uśmiechu widniejącego na mej twarzy. Oczy zaczęły mi się jarzyć, a ja wtuliłam się w niego.
- Cynthia... Miażdżysz mi żebra.
- Oh, przepraszam. - odsunęłam się od niego.
Uśmiechnął się do mnie ciepło.
- Myślę, że powinnaś porozmawiać z siostrą.
Spojrzałam na niego pytająco, po czym zbiegłam na dół do salonu.
- Harriet, co się stało pod moją nieobecność? - podeszłam do niej.
- I tak pewnie byś się dowiedziała. Widzisz, ja i Leo ... my ... - przegryzła dolną wargę. - Tak jakby jesteśmy razem.
W jednej chwili złość ogarnęła mnie całą. Nie mogłam zrozumieć jak doszło do tego w przeciągu dwóch dni.
- Jesteś z chłopakiem, który chciał cię zabić?! - wrzasnęłam wściekła.
- Cynthia, ja mu pomagam się zmienić. Leo wspierał mnie, gdy ciebie nie było.
- To jest demon Harriet! Nie pozwolę ci z nim być.
- A kim ty niby jesteś, żeby mówić mi z kim mam być a z kim nie?!
Poczułam się jakby wbito mi nóż prosto w serce.
- Masz rację. Jestem nikim. Nie mogę ci niczego zabronić. - powiedziawszy to wyszłam z domu i usiadłam na schodach na ganku.
Nie byłam pewna czy jestem bardziej zła na siostrę czy na samą siebie.
- Nie przejmuj się. Nie miała tego na myśli. - obok mnie usiadł tata.
- Bardziej martwi mnie jej związek. Ona nawet go nie kocha.
- Wiesz, kochanie, miłość to dziwna rzecz, skomplikowana i każdy okazuje ją w inny sposób. Możliwe jest, aby obdarzyć kogoś tym cennym uczuciem w ciągu dwóch dni. Harriet dopiero uczy się tej miłości. Jest to dla niej coś nowego, i nawet jeśli popełnia życiowy błąd, to myślę, że powinniśmy jej na to pozwolić. - uśmiechnął się łagodnie.
- Nie chcę jej stracić tato. Nikogo nie chcę już stracić. - zwiesiłam głowę na dół.
- Nie stracisz. - przytulił mnie i pocałował w głowę. - Idź odpocznij. - powiedziawszy to odszedł.
Spojrzałam na lekko zachmurzone niebo i westchnęłam. Wiedziałam, że miał on rację, jednakże nadal martwiłam się o Harriet. Bałam się, że związek z Leo przyniesie jej wiele cierpienia, przed którym tak bardzo chciałam ją uchronić. Jednakże musiała uczyć się na własnych błędach.
Po krótkich przemyśleniach z powrotem weszłam do domu i przyjrzałam się dokładnie wszystkim osobom siedzącym w salonie. Moją uwagę przykuła Maddie, która wyraźnie była czymś zmartwiona. Domyśliłam się iż było to związane z moją ucieczką. Obawiała się nadchodzącej pełni.
- Maddie, od jutra zaczynamy ćwiczenia nad twoją samokontrolą. - uśmiechnęłam się do niej ciepło, po czym poszłam do swego pokoju.
Zmęczona wyjęłam z szafy czystą bieliznę, rozciągniętą, czerwoną koszulkę i krótkie, szare, dresowe spodenki. Weszłam do łazienki i położyłam czyste ubrania na małej etażerce obok umywalki. Zrzuciłam z siebie brudne ciuchy i wrzuciłam je do kosza na pranie. Z małego pojemniczka wyjęłam dwa waciki, nałożyłam na nie mleczko do demakijażu i zmyłam z oczu resztki tuszu. Następnie weszłam pod prysznic i puściłam gorącą wodę, która delikatnie obmywała moje ciało z kurzu. Przyjemne ciepło dawało ukojenie moim zmęczonym mięśniom. Sięgnęłam po szampon i nałożyłam go trochę na rękę, po czym wmasowałam we włosy. Piana spływająca po mnie wraz z wodą usypiały mnie coraz bardziej, więc czym prędzej umyłam się dokładnie truskawkowym żelem pod prysznic. Gdy tylko wyszłam z kabiny, poczułam silnie uderzający mnie chłód, od którego dostałam gęsiej skórki. Chwyciłam szybko biały, bawełniany ręcznik i wytarłam nim swoją mokrą skórę.
Jak tylko rozczesałam mokre włosy, umyłam zęby i ubrałam się, powróciłam do swego pokoju. Położyłam się na miękkim łóżku i przykryłam grubą kołdrą. Wystarczyła zaledwie minuta, abym zasnęła.
Śniłam o dużej, zielonej polanie, słońcu, które ogrzewało krótką trawę i mojej rodzinie siedzącej na czerwonym kocu w kratę. Wszyscy byli uśmiechnięci i szczęśliwi, a ja stałam i przyglądałam się im zaciekawiona. Chciałam pobiec do nich, lecz nie mogłam. Moje nogi były zaciśnięte w sidłach. Przerażona patrzyłam na coraz bardziej krwawiące mi kostki i próbowałam się uwolnić, lecz na marne. Nie posiadałam już swojej nadprzyrodzonej siły. Zupełnie jakby ktoś mi ją odebrał. Zaczęłam więc wołać o pomoc, lecz nikt mnie nie słyszał. Spanikowana zaczęłam wyszarpywać swoje nogi z ciężkich, metalowych sideł. Ostatecznie wykończona daremnymi próbami wyswobodzenia się, spojrzałam na błękitne niebo i krzyknęłam najgłośniej jak tylko potrafiłam. W końcu krzyk przerodził się w donośny ryk wilka.
Obudziłam się wystraszona o piątej rano. Cała spocona rozejrzałam się po pokoju i kilka łez delikatnie ściekło mi po policzkach. Szybko wytarłam je, a chwilę później do pokoju wbiegła zdyszana Harriet.
- Usłyszałam twój krzyk, a raczej ryk. Wszystko w porządku? - zapytała zaspana.
- Ryk? - zdziwiłam się.
- Ta. Myślałam, że coś ci się stało.
Zdezorientowana podeszłam do lustra i spojrzałam na swe odbicie z wybałuszonymi oczami, które jarzyły mi się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Na moich dłoniach widniały zaostrzone pazury, a usta były całe zakrwawione i porozcinane od dłuższych i ostrzejszych kłów. Próbowałam je schować, lecz nie potrafiłam. Zupełnie jak podczas pierwszej przemiany w pół wilkołaka. Pomimo wszelkich starań nie mogłam wrócić do postaci człowieka.
- Harriet, daj mi swój telefon. Szybko! - krzyknęłam.
- Masz. - podała mi go w pośpiechu.
Z pewną trudnością wpisałam numer Aubrey i zadzwoniłam do niej.
- Aubrey, tu Cynthia. Przyjedź do mnie jak najszybciej. To pilne. - powiedziałam trzęsącym się głosem, po czym rozłączyłam się i oddałam telefon Harriet.
Zestresowana zaczęłam przechadzać się po całym pokoju. Nie rozumiałam co się ze mną działo przez co denerwowałam się jeszcze bardziej.
- Cynthia, co się dzieje?
- Wyjdź. Po prostu wyjdź. No już! - wrzasnęłam wściekła.
***
Po około dwudziestu minutach oczekiwania w moim pokoju zjawiła się Aubrey.
- O co chodzi? - zapytała zdyszana.
- Nie mogę się z powrotem przemienić w człowieka.
Nagle na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
- Dlaczego się uśmiechasz?!
- Przestań krzyczeć i panikować. Nie dzieje się z tobą nic złego. Po prostu stajesz się alfą.
- Co? Nie. Ja nie chcę. Musisz mi pomóc nad tym zapanować. Nie mogę co noc przemieniać się w pół wilkołaka przez sen. Poza tym dlaczego moje pazury i kły są dłuższe i ostrzejsze? - zapytałam wycierając krew z ust.
Ku mojemu zdziwieniu poczułam jej zachwyt oraz dumę. Nie pojmowałam jej uczuć.
- Alfami stają się najsilniejsze wilkołaki. Silne nie tylko fizycznie, lecz mające również silny charakter i osobowość. Można to także posiąść poprzez zabicie innego alfy i przejęcie jego wszystkich wspomnień i emocji. Jednakże jeśli nie potrafisz tego zrobić bez zabijania, to nigdy nie będziesz potężnym alfą. Po twoim wzroście kłów i pazurów widać, że potrafisz to zrobić bez ofiar. Poza tym w postaci wilkołaka będziesz znacznie większa od innych wilkołaków.
- Tylko w jaki sposób mam wrócić do ludzkiej postaci?! - krzyknęłam zniecierpliwiona.
- Musisz zaakceptować to kim jesteś. Alfą. Dopóki tego nie zrobisz, nie przemienisz się. Poza tym możesz również doprowadzić się do stanu o krok przed śmiercią.
Spojrzałam na nią wściekła.
- Ból czyni nas ludźmi. Dlatego musisz być bliska śmierci, aby się przemienić.
Nie mogłam uwierzyć w to co właśnie usłyszałam. Moim jedynym wyjściem był ból. Chciałam zaakceptować fakt iż mam być alfą tylko po to, aby znów być człowiekiem. Jednakże nie było to możliwe. Nie miałam zamiaru nim zostać.
- Pomożesz mi w tym?
- Jeśli tego chcesz.
Nie zwlekając ani chwili dłużej ruszyłam szybkim krokiem w stronę piwnicy.
Gdy już się tam znalazłam wraz z Aubrey, stanęłam pod ścianą i wzięłam głęboki wdech.
- Możesz już zaczynać. - zacisnęłam pięści.
- Jesteś tego pewna? - podeszła do mnie.
- Tak. - skinęłam głową potwierdzająco.
Chwilę później ujrzałam uniesioną w górze rękę Aubrey z przygotowanymi do ataku pazurami. Uśmiechnęłam się do niej delikatnie, po czym poczułam jak rozcina cały mój brzuch. Następnie zadawała mi rany na rękach i tułowiu. Próbowałam znieść ten ból w ciszy, lecz po dwóch minutach nie byłam w stanie wytrzymać. Zaczęłam więc krzyczeć tak głośno jak tylko gardło mi na to pozwalało.
- Przestań to powstrzymywać Cynthia, bo inaczej cię zabiję!
Pomimo krzyków Aubrey nie mogłam się skupić na niczym innym niż na cierpieniu.
Po dłuższym czasie cały świat zaczął się rozmazywać, a wszystkie dźwięki ucichły. Wykończona przestałam walczyć i upadłam na ziemię. Resztkami sił spojrzałam na swe dłonie i uśmiechnęłam się. Udało się. Z powrotem byłam człowiekiem.
***
- Hej, Cynthia, spójrz na mnie.
Otworzyłam oczy i ujrzałam stojącą nade mną Aubrey. Następnie spojrzałam na swoje rany, które zaczęły się goić. Po odzyskaniu części swoich sił, wstałam.
- Długo byłam nieprzytomna?
- Godzinę.
- Hmm. W każdym bądź razie, dziękuję. - powiedziawszy to weszłam na górę i ujrzałam w salonie Dylana.
- Harriet do mnie zadzwoniła i opowiedziała mi o wszystkim. Przyjechałem tak szybko jak tylko mogłem. Chciałem zejść na dół do ciebie, ale Aubrey nikogo nie wpuszczała. Wszystko w porządku? - zapytał zdyszany.
- Tak. - skłamałam.
Widziałam przerażenie w jego oczach na widok moich poszarpanych ubrań i zakrwawionego ciała. Mimo to, nie chciałam zdradzać mu moich obaw, że prawdopodobnie będę zmuszona do ryzykowania życiem każdego ranka. Będę zmuszona do tortur. Nie chciałam, aby jeszcze bardziej się o mnie martwił. Dopóki byłam w stanie to przeżyć, nie miałam zamiaru mu o tym wspominać.
- Żartujesz sobie? Wyglądasz jak po jakieś walce! - zbliżył się do mnie.
- Śnił mi się koszmar. Szarpałam się przez sen i trochę poszarpałam się swoimi pazurami. To wszystko.
- Dlaczego okłamujesz mnie w ten sposób?
- Dylan, zaczekaj na mnie w pokoju. Zaraz wrócę, tylko się odświeżę.
Skinął potwierdzająco głową.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz